MAPA REPUBLIKY

Wiosna już (nie)dawno za nami, o zimie nie wspomnę, bo już parę słów o tym napisałem. Dwa i pół miesiąca temu rozpisywałem się o karkonoskiej wiośnie której nie było, a w niektórych miejscach nadal nie ma. Jak to możliwe? Wystarczy spojrzeć na „Mapu republiky”. W ten sposób nasi południowi sąsiedzi nazywają płat śniegu w kształcie byłej Czechosłowacji, zalegający, dłużej lub krócej, na południowych stokach Studniční hory. Jak długo „Mapa republiky” trwa, zależy od śnieżności i długości trwania zimy oraz jak wolno lub szybko dociera w najwyższe partie Karkonoszy wiosna. Sezon 2018/19 był zimowo wyjątkowy w porównaniu z poprzednimi. Efekt jest taki, że mimo początku lipca „Mapa republiky” nadal jest elementem pejzażu Karkonoszy. Jeszcze co najmniej przez kilka dni będzie istniała, dopóki lipcowa temperatura nie zmieni jej stanu skupienia. Kto więc ma ochotę przyjrzeć „Mapie republiky” niechże się spieszy. Zima w Karkonoszach naprawdę się kończy 😉

„Mapa republiky” to ledwo widoczny biały punkt na stokach Studniční hory. Foto z dnia 7 lipca 2019, za:
https://kamery.humlnet.cz/show_webcam.php?url=/images/webcams/pecpodsnezkou/2048×1536.jpg

KARKONOSKA WIOSNA

…Wygląda nieco inaczej niż w innych częściach Sudetów choćby dlatego, że tu, w Karkonoszach… jeszcze nie wszędzie wygląda. Do wielu miejsc tu jeszcze nie zawitała. Oczywiście w większości Sudetów wspomnienie zimy, nie licząc tego skromnego , raczej się nie zachowało. Trudno się dziwić – wszyscy czekają na słońce, ciepło i kolejne cuda jakie towarzyszą wiosennym rozkwitom. Póki co wiosna swe cuda bardzo oszczędnie miarkuje; nie jest jakaś szczególnie ciepła, deszczem też nie darzy, ale za to jest (jak dotąd) słoneczna.

Korzystając z tych okoliczności, w Poniedziałek Wielkanocny Dorotka i ja wybraliśmy się w Karkonosze wschodnie, konkretnie Rýchory. Jest to przedłużenie Grzbietu Lasockiego, przy tym jedna z kilku (jak to się nazywa w fizjografii czeskiej) Krkonošských rozsoch (grzbietu prostopadłego do głównego grzbietu Karkonoszy).

Rýchory to pogodowa osobliwość. Tu ładnie jest nawet wtedy, gdy jest paskudnie. Właśnie w taki czas szczególnie wskazana jest wędrówka na najwyższe wzniesienie Rýchor – Dvorský les . W deszczu i we mgle ów Dvorský les, porośnięty gęstwiną powykręcanych buków, pozbawiony dalekich widoków, staje się tajemny i najbardziej ekscytujący.

Gdy pogoda jest słoneczna (jak teraz), z Rýchorských grzbietowych łąk pięknie widać Sudety Środkowe i najwyższe partie Karkonoszy, od tej strony dyskretnie schowane za kulisami Dlouhého hřebene, Černé i Růžové hory. Tam właśnie, wysoko nad nami i nieco z tyłu, zima trwa w najlepsze. Wprawdzie Śnieżka nosi już ślady wiosennej opalenizny, ale sąsiedni olbrzym – Studniční hora i jej okolice są niemal zupełnie białe. Według wszelkich zwiastunów będzie tak do końca pierwszej dekady maja, co (patrząc jak szybko kończyły się poprzednie zimy) wydaje się ewenementem. Piękny wynik: zima 2018/19 w Karkonoszach trwać będzie solidnych 7 miesięcy!

Naszej dzisiejszej wędrówce oprócz słońca towarzyszy solidny wiatr, niosący północne chłody. Zacisze odnajdujemy w Horních Albeřicích – miejscowości od średniowiecza do wieku 19. znanej z wydobycia wapienia, w nimże rozwinęły się jaskinie, odkryte i przebadane w latach 70 wieku poprzedniego. Nazwy „wapienne” noszą też przybytki turystyki; w jednym z nich (właściwie jedynym dziś otwartym) spędziliśmy dłuższą chwilę przed odwiedzinami Lysečinské skalní jehly (patrz foto). Po nich z powrotem wspięliśmy się na grzbiet, mając ochotę chwilę posiedzieć w Rýchorské boudě. Niestety, z powodów zdrowotnych (jak napisała pani boudářka) chata i gospoda są czynne tylko w piątek, sobotę i niedzielę w godz. 10 – 16.00. Gdyby ktoś potrzebował takiej informacji to ją niniejszym podaję – również niestety.

Kilka godzin później powróciliśmy do Niedamirowa – miejscowości, owszem, położonej u stóp Karkonoszy, ale w miejscu odległym: niedaleko „rogu granic” (wł. Rohu hranic), dzięki temu – miejscowości nie tłumnej ale i nie odludnej. Tutejsi są, a w dzień taki jak dziś szczególnie zaznaczają swoje istnienie, zwłaszcza jeśli są facetami lat ok. 35 umiejącymi gęsto rzucać bluzgami – na szczęście na siebie nawzajem, gdy właśnie jeden na drugiego wylał całą michę wody. Zwyczaje wielkanocne tu się kultywuje co widać. Po czeskiej stronie tego dziś nie widzieliśmy, pewnie dlatego że w ogóle mało ludzi tam spotkaliśmy a już na pewno miejscowych. Tym bardziej nie spotkaliśmy chłopaków w różnym wieku, którzy by pomlázkami zaczepiali dziewczyny, wołając przy tym:

hody, hody, doprovody

dejte vejce malovaný

nedate-li malovaný, dejte aspoň bílý

slepička vám snese jiný!

Pięknej wiosny i cudów wszystkim życzę!

pamiątki po zanikłych miejscowościach
wysoko w górach zima trwa
Lysečinská skální jehla
z Rýchor ku Studniční hoře i Śnieżce
Góry Wałbrzyskie z Karkonoszy wschodnich
stary drogowskaz u Rýchorské boudy
pamiątki po górnictwie węgla między Karkonoszami a śródsudeciem
Św. Jan Nepomucki u stóp Ukrzyżowania. Interesująca grupa figuralna w okolicy Niedamirowa

ŚNIEŻNA ZIMA 2018 / 2019

W ostatnich latach zimy przeważnie pozbawione były swojego głównego waloru, dlatego warto wspomnieć że obecna zima śniegu była pełna i to nawet na niższych wysokościach, gdzie go zazwyczaj nie ma. Co w tym szczególnego? A jednak! Ostatnia porządna zima w Polsce nastała na przełomie 2012/2013, gdy śnieg pokrył cały kraj od początku grudnia do 1 dekady kwietnia, w tym czasie wytapiając się na +/- 3 tygodnie. Wcześniej podobna zima nastąpiła w sezonie 2005/2006 – śnieg niemal nieprzerwanie leżał w kraju od połowy grudnia do ostatnich dni marca.

Od roku 2013 do teraz zimy były bardzo mało śnieżne. Przez 6 lat niektórzy zapomnieli jak śnieg wygląda, dzieci urodzone w tych latach w nizinnej części Polski, na żywo go właściwie nie widziały.

Zatem powtórzę – warto tę obecną odnotować choć zdaję sobie sprawę, że miliony obywateli naszej Ojczyzny będzie to już niedługo obchodziło tyle co zeszłoroczny śnieg (którego prawie nie było). Są bowiem rzeczy ważniejsze. Czy na pewno?

Śnieg to rezerwuar wody gromadzonej przez zimę. Załóżmy że spadł 1 metr świeżego puchu. Pod własnym ciężarem śnieg zsiądzie, mniej więcej o dwie trzecie. Te pozostałe 30 cm, nawet jeśli nie stopnieje, nie będzie leżeć w nieskończoność bo nastąpi jego sublimacja. Zostało nam 15 cm. Niech w najlepszym razie ta warstewka będzie ekwiwalentem 100 mm opadu. W czasie odwilży te 100 mm zamieni się w wodę, która częściowo odparuje do atmosfery lub odpłynie ciekami wodnymi. Reszta wsiąknie, ile? Niech będzie że 30 mm. Odpowiada to 30 litrom wody na metr kwadratowy powierzchni, które zasilą wody podziemne o ile po drodze ta woda nie odparuje w glebie lub nastąpi jej transpiracja przez biosferę. Ta bardzo mała ilość stanie się potem (przy odpowiednich warunkach o których nie będę się póki co rozpisywał aby nie zamęczyć tematu) zasobem wody podziemnej, możliwym do wykorzystania gospodarczego, w tym do picia.

Ktoś (większość?) powie – marudzisz pan, przecież oprócz śniegu deszcz pada! Tak, tylko że nie wszędzie, nie równo i nie cały wsiąknie. Nie trzeba być specjalnie bystrym obserwatorem żeby zauważyć że w ostatnich latach padało go dramatycznie niewiele, a jeśli spadł to gwałtownie, spustoszył krainę i odpłynął. W górach to może i jeszcze pada od czasu do czasu, ale wystarczy zagadać o to mieszkańców Polski centralnej. Odpowiedzą – no u nas to padało ostatnio może z miesiąc temu. W maju kilka lat temu grupa z Sieradzkiego prowadzona przeze mnie po Skalnym Mieście w Adršpachu przeżyła radosny szok na widok nadciągającej ulewy. Co się stało? Pytam. Wie pan, kiedy u nas ostatnio padało? W marcu!…

A to nie jest wyjątek.

Dlatego lepiej, żeby śnieg obchodził nas bardziej niż zeszłoroczny śnieg, bo inaczej naprawdę wyschną nam ujęcia wód podziemnych – praktycznie jedynych jakie się czerpie do wodociągów.

A teraz do rzeczy, czyli krótkie wspomnienie wyjazdów które bez śniegu byłyby niemożliwe, chodzi oczywiście o te na nartach biegowych:

27.12.2018. Góry Izerskie z Dorotką. Ok 20 kilometrów po dość miękkiej pokrywie, której na szczęście odwilż nie zniszczyła całkiem. Ale to okazało się już znacznie później.

31.12.2018. Góry Bialskie / Rychlebské hory z Dorotką. Kolejnych 20 kilometrów w warunkach prawdziwej zimy, zwłaszcza w wyższych partiach. Wyciskany maszynowo ślad prowadzi przez te góry w wielu kierunkach do nas i do Czech. Pojechaliśmy tam i my, załapując się na początek imprezy sylwestrowej w „Paprsku”

1.01.19. Karkonosze wschodnie z Dorotką. Noworoczne 15 kilometrów wokół Haidy i Kraví hory w pobliżu Malé Úpy

trasa Noworoczna

4.01.19. Przy takiej zimie jaką mieliśmy, narciarstwo biegowe jest możliwe w centrum Wałbrzycha. Stąd 15 kilometrów tego dnia samemu wokół Góry Parkowej.

12.01.19. Góry Sowie samemu, około 25 km. Nieprędko znów się tu wybiorę na biegówki, aby się nie zmagać z tłumem ludzi nic nie robiących sobie z ogłoszeń / próśb o nieniszczenie szlaków narciarskich wiodących z Przełęczy Jugowskiej, Walimskiej czy Woliborskiej. Do nikogo bez nart to nie dociera i założone maszyną ślady są rozdeptywane, po czym jedzie się tędy jak po polu ornym. Inna paląca sprawa to bezład komunikacyjny jaki w Górach Sowich panuje przy okazji dobrych warunków i jakiegoś dłuższego okresu dni wolnych. Okoliczne samorządy nie robią z tym nic, a szeregi aut ciągną tutejszymi słabymi drogami gdzie popadnie, po czym nie mogą się ruszyć ni w te ni we wte, bo droga to spontaniczne lodowisko.

13.01.19. Okolice Adršpachu. Po wczorajszym dziś czekało wytchnienie i przejażdżka na dystansie podobnym do wczorajszego. Śniegu jest tu przeważnie mało, ale zawsze można liczyć na założone maszynowo czy osobiście ślady, tworzące wielokilometrowe pętle po rozległych łąkach w okolicach Adršpachu, Zdonova, Libné.

04.02.19. Podnóżami Rýchor, a właściwie czeską stroną Bramy Lubawskiej. Paulina i ja przebyliśmy tu około 25 km w warunkach wyśnionych. Słońce, lekki mróz, widok, ślad założony chwilę temu i okolica wreszcie przeze mnie odwiedzona po raz pierwszy od bardzo dawna lub nigdy.

Brama Lubawska, Žacléřsko, 5.02.19

06.02.19. Góry Stołowe, też z Pauliną, ale i wreszcie z Hanią, oraz z Emilką. Hanię na nartach widziano ostatnio 6 lat temu, toteż była trochę bez formy. Dobrze jednak że się wybraliśmy, choć na krótko i mało.

07.02.19. Okolice Polic nad Metuji. 30 km samemu. I znów – dzięki zimie można sobie fajnie pobiegać nawet w niższych okolicach, skąd ślad wyprowadza albo w Broumovské Stěny albo pod Ostaš. Pojechałem i tu i w drugą stronę.

O nartach biegowych nieco jest wspomniane ówdzie

Na małe nieco zapraszam też poniżej:

Odwilżowe Góry Izerskie
Czeska strona Karkonoszy Wschodnich
Okolice Male Upy
Na nartach w centrum Wałbrzycha
Zimowa sceneria Gór Sowich
Z Bramy Lubawskiej w Karkonosze…
… i w drugą stronę
na Božanovským Špíčáku
Police nad Metují i Ostaš w tle
Trasy biegowe w Górach Stołowych
Trasy biegowe w okolicy Adršpachu
Z Wielkiej Sowy na Kozie Siodło

NOWOROCZNE ŻYCZENIA

Możnaby stworzyć całą ich długą listę, ale wybieram kilka aby zdążyć z ich spełnieniem się w ciągu krótkiego czasu tego właśnie Nowego Roku 2019.

Dość nie na czas przypomniałem sobie, że styczeń 2019 to miesiąc, w którym równo dwadzieścia lat temu zostałem przewodnikiem sudeckim! Te uroczyste okoliczności zastały mnie na wycieczce kursowej, podczas której instruktaż przewodnicki odbierała przesympatyczna grupa rodem od Pleszewa przez Zieloną Górę po Ziemię Kłodzką.

Wszystko przed nimi. A i przede mną też, bo w ramach obchodów tej okrągłej rocznicy nie powiedziałem ani nawet przedostatniego słowa. Przedtem życzę sobie, aby ci których powiodę tu i ówdzie mieli (co najmniej lekki) niedosyt: miejsca, okolicy. Mojej gadaniny, a to wielkie wyzwanie i sporo pracy przede mną!

Życzę też sobie, aby ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi i nieznajomymi odwiedzić bardzo wiele miejsc, ale skoro mowa o tym roku:

  1. Praga – ile tylko się da
  2. Każdy zakątek Czech – jak wyżej
  3. Szczególnie:
  4. Okolica od miasteczka Kouřim przez Radim po Nymburk
  5. Hrad Pernštejn, Trenckova rokle
  6. Kilka rokli, wyciętych w bazalcie, uchodzących do Łaby na obszarze Českého středohoří
  7. Kadaň i choć mały fragment Krušnych hor
  8. Kroměříž i raz jeszcze Lipník nad Bečvou, hrad Helfštýn.

Wystarczy. Niech się dzieje!

Niech towarzyszy temu pogoda podobna tej, jaką nasza grupa miała przez ostatnie dwa dni w Karkonoszach zachodnich.

Zapraszam do obejrzenia kilku fotek

STULECIE NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI. KRKONOŠSKÉ PŘÍHUTĚ, VÝHLEDY A ÚŽASY.

http://

Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu, aby można było zaznać to, co Dorotka, Michał i ja przeżyliśmy od rana do wieczora 11.11.2018.

Zachodnia część czeskich Karkonoszy była dziś dla nas bardzo łaskawa. Brak wiatru, słońce i sytuacja inwersyjna towarzyszyły nam niemal przez całą wędrówkę, której uwieńczeniem… Nie, tam nie było jednego takiego. Każda sytuacja i miejsce były dziś uwieńczeniem i przysłowiową třešníčkou na dortu. Ów tort ze słoneczną polewą i rozwarstwiony puszystą bitą śmietanką to dziś masyw Karkonoszy, rozkrojony kilkoma znacznymi dolinami (Labský důl, Kotelní jamy).

Dla równowagi dzień smakował nie tylko słodko – pod sam koniec doczekaliśmy się svatomartinské husy oraz zanurzenia się w ten dzisiejszy złotawy puchar. Przez bitą śmietankę zaczęliśmy, przez białą piankę zakończyliśmy.

ŚRÓDSUDECKIE FIZJO – TOPO – ŁAMIGŁÓWKI W ZADUSZKI WŁODZICKO – TRÓJPAŃSKIE

W tę tajemną okolicę i onego dnia wybraliśmy się we trzech – Rysiek, Michał i ja. Dawno już tej wielkiej turystycznej trójcy w Sudetach nie widziano, a w tej okolicy – nigdy.

Tym bardziej warto to wydarzenie odnotować na różnych łamach, bo kto wie, kiedy następna taka okazja się nadarzy, choć owszem, Rysiu takie okazje widzi na wiele wprzód oczyma wyobraźni.

Zaczęliśmy spacerem – z Głuszycy Górnej przez podrutowane elektrycznymi pastuchami łąki na Światowid [644 m.].

Nad wzgórzem tym łamią sobie (choć nie za często) głowy najtężsi sudeccy fizjografowie – czy jest ono w Górach Kamiennych, Górach Sowich, a może ni tu ni ówdzie?

Do Gór Kamiennych Światowid nie pasuje rzeźbą, choć orograficznie (względem doliny Bystrzycy) jest po ich stronie. Ale geologicznie jest im obcy; Góry Kamienne wulkaniczne, Światowid osadowy. Metamorficznym Górom Sowim Światowid też geologicznie nie  odpowiada. Osadowy, przez to mniej odporny na czynniki niszczące i oczywiście niższy niż przeciętnie grzbiet Gór Sowich. Zatem i kryterium rzeźby wyklucza zaliczenie Światowida do Gór Sowich.

Jedno opracowanie zalicza Światowida do Gór Kamiennych, inne do  Gór Sowich, jeszcze inne do Obniżenia Noworudzkiego, choć i tego opracowania nie można być pewnym;  mapa – szkic, na którym przedstawiono granice tego mezoregionu jest w zbyt małej skali, przez to nieprecyzyjna.

Mimo wszystko trzeba uznać, że Światowid z powodu rzeźby i geologii należy właśnie do Obniżenia Noworudzkiego, ale rozciągniętego znacznie na południowy wschód i w stronę Głuszycy – na północny zachód.

Inna sprawa, co to za „Obniżenie”, jeżeli jego osią biegnie łańcuch wzgórz, zaczynających się właśnie Światowidem a ciągnących przez Wzgórza Włodzickie, Górę Świętej Anny, Górę Wszystkich Świętych po okolice Bożkowa i Ścinawki Dolnej.

Owszem, w północnej części nazwa „obniżenie” pasuje, bo Światowid i jego okolice są „obniżone” względem otoczenia – Gór Kamiennych i Sowich. Ale w części południowej (okolice Nowej Rudy) „obniżenie” jest przeciętnie wyższe niż sąsiednie skłony Gór Kamiennych, Wzgórza Ścinawskie czy Garb Golińca.

I znowu – dlaczego „Obniżenie” Nowej Rudy zostało sztucznie zmniejszone o: Garb Golińca, zaliczony w różnych opracowaniach albo do Gór Bardzkich, albo do Kotliny Kłodzkiej; Wzgórza Wyrębińskie, zaliczone do Gór Sowich?

Garb Golińca pod względem rzeźby do Gór Bardzkich nie pasuje – wystarczy porządnie przyjrzeć się mapie. Geologicznie też Górom Bardzkim „nie patrzy” tym bardziej, że jest od nich oddzielony osadową kotlinką w której leży Wojbórz.

Podobna rzecz jest ze Wzgórzami Wyrębińskimi. Geologicznie osadowe, Góry Sowie – wiadomo (mam nadzieję). O rzeźbie nie wspomnę.

Także: nie Obniżenie Noworudzkie, lecz – i tu proponuję konkurs nazw:

Wzgórza/Pasmo/Góry (?) Głuszycko – Noworudzkie. Przy okazji Głuszyca – jedno a najmłodszych miast w Sudetach doczekałaby się wreszcie „swojego” mezoregionu.

Międzygórze/Sródgórze Sowio – Kamienne lub  Głuszycko – Noworudzkie. Raczej nie „Sowiogórsko – Kamiennogórskie”.

Jak kogoś razi „Sowio – Kamienne”, to może „Sowio – Jaworowe„, albo „Sowio – Jaworze„, od Javořích hor – czeskiej strony Gór Suchych.

Wzgórza Włodzickie, z nazwą rozciągniętą na obszar od Głuszycy po okolice Wojborza. Ale tu mieszkańcy Wojborza mogą się obrazić, bo u nich żadna Włodzica nie płynie.

Dopóki mnie fantazja nie poniosła, tu skończę.

Nasz przemarsz oczywiście trwał nadal. Względem tego co napisałem wyżej – nie wiemy gdzie dokładnie byliśmy, ale to tylko podniosło przyjemną atmosferę odkrywania nieznanego – nowego śródsudeckiego mezoregionu. Jeżeli on rzeczywiście istnieje – w granicach jakie podałem, to tym większa nasza satysfakcja, bo zdobyliśmy najwyższy szczyt tego mezoregionu – Włodzicką Górę [755/757 m.].

Potem przeszliśmy na pogranicze. Względem dzisiejszego osobostanu, nie mogło zabraknąć odwiedzin Trójpańskiego Kamienia.

Jego rodowód jest o wiele starszy niż my sami razem wzięci, bo przecież to XVIII wieczny styk granic posiadłości von Hochbergów z Książa, von Stillfriedów z Nowej Rudy i Benedyktynów z Broumova.

Wędrówkę skończyliśmy na stacji Głuszyca Górna, skąd odjechaliśmy osobowym pociągiem opóźnionym z Kłodzka do Wałbrzycha. Po prawdzie – do Głuszycy… Głuszycy – Głuszycy! Stamtąd, z powodu remontu torów przesiedliśmy się na autobus KKA i nim dotarliśmy do naszego miasta.

PS. Właściwie to… jestem pewien istnienia tego mezoregionu w granicach dotąd niesłychanych. Trochę to może wywróci podział fizjograficzny Sudetów, ale co tam… Wątpiących zapraszam do rozmów na ten temat.

Pracuję jeszcze nad tym, co zrobić ze Wzgórzami Ścinawskimi – one też mi nie pasują, ani do Gór Stołowych ani do Kotliny Kłodzkiej, ale o tym już kiedy indziej.

Osobiście i oczywiście – zapraszam w Sudety Środkowe!

 

ČESKÝM KRASEM PEŁNYM KRASY

Na początek, dla małego przypomnienia, co się wydarzyło do tej pory:

  1. 2014.10.18-19, PRAHA, od Vyšehradu przez Staré Město i Letnou po Hrad i Petřín. W odwiedzinach Matki Miast udział wzięło 17 osób.
  2. 2015.10.17-18, KUTNÁ HORA, Město Stříbra, Kaňk. Tym razem była nas czternastka.
  3. 2016.11.5-6, OLOMOUC, I znów było nas 14 osób.
  4. 2017.10.21-22, LITOMĚŘICE I PORTA BOHEMICA, przedtem Dutý kámen, potem Radobýl. Na tej bardzo rozmaitej (zresztą – jak inaczej!) wycieczce było nas 21 osób.

Mamy zatem mały jubileusz wizyt u naszych południowych sąsiadów. Mały co do wieku i przyszłej (mam nadzieję) ilości odwiedzin Czech, Moraw i Czeskiego Śląska, dokonywanych przez bardzo słuszną Grupę: przyjaciół, przewodników z Zamku Książ, fanów i fanatyków Republiki Czeskiej.

Po piąte z rzędu, wybraliśmy się do Berouna, aby pobyć w tym miasteczku a zwłaszcza jego okolicy – Českém krasu. Wybór miejsc godnych pozoru jest w tej krainie co najmniej bardzo duży. Niektóre z nich posiadają światową sławę (Karlštejn), te ominęliśmy. Są zakątki mające sławę krajową i lokalną – tu postanowiłem nas zabrać.

Dojechaliśmy w piątek późnym popołudniem koleją z Meziměstí, lub: busem, samolotem (!), airport-expresem i koleją – z Buska Zdroju. Stamtąd właśnie, każdorocznie dołącza do nas Renia, co oczywiście kosztuje ją sporo wschodu i zachodu, a za co należy jej się osobne uznanie. Na praskim hlaváku wyłowiliśmy ją z tłumu podróżnych i w komplecie znaleźliśmy się – najpierw u Berouńskiego niedźwiedzia, który stanowi herb miasta, logo i symbol Berouna.

W sobotnie rano ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Nie posiada ono takich zabytków, jakie można obejrzeć 30 km stąd na północny wschód, ale ma wszystko to co lubimy, nie mówiąc już o jego herbie.

Beroun wyróżnia się średniowiecznymi murami obronnymi – jednymi z najlepiej zachowanych w całym kraju. Powstały na przełomie 13 i 14 wieku z inicjatywy króla Vaclava II. W swoim czasie mury miały wysokość 6 – 9 metrów, grubość ponad 2 metry. System uzupełniony był  trzydziestoma siedmioma basztami. Świadczyło to o wielkim znaczeniu Berouna – miasta położonego na bardzo ważnym szlaku, łączącym Pragę z Bawarią przez Pilzno. Po dzień dzisiejszy nad zachowanymi murami czuwają dwie bramy miejskie – Pražská po stronie północnej i starsza – Plzeňská po stronie południowej; tu jeszcze do 18 wieku było pobierane myto za przejazd przez miasto. Brama niegdyś gotycka, w połowie 18 wieku utraciła swój charakter w wyniku pożaru, została potem przebudowana w stylu barokowym.

Na fasadzie bramy znajduje się fresk przedstawiający Chronosa – boga czasu, poniżej bez trudu można dostrzec herb, który Beroun posiada od pradawna. Najstarszy wizerunek znaku pochodzi jednak z końca 14 wieku; już wówczas był na nim przedstawiony niedźwiedź. Nie może być więc inaczej, aby w Berouně niedźwiedzie nie mieszkały – owszem na zamkniętym wybiegu. Mieszka ich dwóch – Matěj i Kuba, misiowi celebryci – bohaterowie wieczorynki autorstwa Václava Chaloupka. Obywatelami miasta są od roku 2001, przybyli tu we trójkę (był jeszcze Vojta, ale zmarł biedaczysko w roku 2016) po zakończonym aktorskim angażu.

Beroun nie jest jedynym miastem w Republice Czeskiej, gdzie średniowieczne mury obronne zachowały się dobrze, tzn. co najmniej w połowie długości.

Od południa do zapadnięcia zmroku zwiedzaliśmy dalsze plenery. Najpierw Solvayovy lomy, a wisienką na torcie był Svatý Jan pod Skalou

Niedzielne rano przywitało niektórych z nas na wzgórzu Děd.

Dorotka, Michał, Piotrek, Janek, Tomek i ja szybciutko uwinęliśmy się ze spacerkiem na to dość odległe od  centrum Berouna wzgórze i wieńczącą je wieżę widokową. Ta, choć malownicza, oferuje dość ograniczone horyzonty i to tylko dlatego że w lesie wykonano szeroką przecinkę. Lecz i tak było bardzo przyjemnie, a po wczorajszej kolacji ten szybki spacer dobrze nam zrobił.

Potem, już z całą ekipą, w której przypomnę były: Krysia, Ela, Beata, Dominika no i Kaziu, odjechaliśmy z Berouna do Křivoklátu – dawnego zamku łowieckiego królów czeskich.

Zamek pozostaje w cieniu króla wszystkich – Karlštejna, znajduje się na jeszcze większym uboczu i odwiedzany jest przez znacznie mniejsze rzesze. Zdecydowanie jednak jest to miejsce, które powinno się znaleźć na trasie każdego miłośnika Republiki Czeskiej.

Křivoklát posiada bardzo ciekawą historię (do tego podaną przez miejscowego i bardzo rzeczowego przewodnika), bogate wyposażenie (choć kiedyś słyszałem od jednego ze znajomych nam, wielojęzycznych przewodników, że… nic tu nie ma – co jest całkowicie nieprawdą!) i bardzo interesujący detal oraz urozmaiconą bryłę. Spędziliśmy tu ładnych kilka godzin, żałując jedynie, że to tylko tyle.

Odwiedziny zamku Křivoklát były ukoronowaniem naszych tego – rocznych/jesiennych/październikowych/posezonowych odwiedzin Czech. Tematu niewyczerpanego nigdy.

Za rok zapraszam do Pragi. Powtórka? Nic podobnego! Tym razem zajrzymy na obrzeża stolicy – zakątki przyrody żywej i nieożywionej, usedlosti, miejsca magiczne. Może starczy czasu na osiedla awaryjne?… Raczej nie starczy. Będzie więc jeszcze kolejny (nie)raz.

A może w międzyczasie coś się jeszcze uda?

Tymczasem kończymy naszą (jak powiedział pan przewodnik z Muzeum Czeskiego Krasu) VZÁCNOU NÁVŠTĚVU!

 

 

PIĘKNA PRZECHADZKA KUTNOU HOROU

Zdecydowanie najwięcej wycieczek z Polski jedzie do Czech aby odwiedzić Pragę. Bardzo dobrze jest odwiedzić też inne miejsca, np. Kutnou Horu – Skarbiec Królestwa, Miasto Srebra,  które ma nie tylko zestaw wybitnych pamiątek przeszłości. Posiada też nieoceniony spokój, którego nie ma i nie będzie mieć Matka Miast.

Kutná Hora też ma za sobą długie stulecia i burzliwy rozwój, trwający z różnymi wahnięciami od przełomu XIII / XIV, do początku XVIII wieku. Po prawdzie to już z końcem stulecia X odkryto bogactwo i przyczynę rozwoju „Hor kutných” czyli srebro, z którego później wybijano najważniejszy pieniądz średniowiecznej Europy – grosz praski. To dzięki niemu na terenie Królestwa Czeskiego wzniesiono wiele pojedynczych obiektów, ale i całe miasta, weźmy późnogotycką Pragę. Sama Kutná Hora też dzięki groszowi się rozwinęła i rozbudowała. Swoje domy, ba – pałace stawiali ludzie, bogacący się na srebrze w sposób mniej czy bardziej uczciwy. W mieście lubili przebywać królowie a gmach gdzie znajdowała się mennica, Dwór Włoski – Vlašský dvůr był nawet rezydencją jednego z nich –  Václava IV, który tu szczególnie lubił przebywać. Również tu, na Vlašském dvoře, po długim okresie wojen husyckich i z tym związanych niepokojów, Władysław Jagiellończyk został wybrany kolejnym królem czeskim. Tak zaczął się okres władzy dynastii Jagiellonów w Królestwie Czeskim, trwający jednak niezbyt długo – równych 55 lat.

Rozwój Kutné Hory nie był bezbolesny, a to co w nim najbardziej uciążliwe dotknęło najbardziej tych, dzięki którym podziemne bogactwo zdołało się wydostać na powierzchnię. Górnicy kutnohorscy pracowali w skrajnych warunkach za marne wynagrodzenie, gdy tymczasem na powierzchni kwitła korupcja. Wszczynali przeciw temu bunty, jeden z nich – powstanie kutnohorskie (1494-96) jest uważane za największą burzę dziejową w średniowiecznych Czechach, wybuchłą na tle socjalnym.

Z tym niespokojnym czasem związana jest postać Prokopa Kroupy – ówczesnego głównego skarbnika miasta, odpowiedzialnego za przepływ praskiego grosza z mennicy do skarbca państwowego. Sprawował tą ważną funkcję mimo że był człowiekiem nierozgarniętym. Gdy w Kutné Hoře rozpoczęły się bunty górników, Prokop z wysokości swej rezydencji uciszał tłum. Przejęzyczył się i zamiast wołać „uspokójcie się, przecież panowie wam nic złego nie życzą!” krzyknął „uspokójcie się, przecież panowie wam nic dobrego nie życzą!”. Stąd powiedzenie: „Prokop gadał rzeczy głupie, stojąc przy kamiennym słupie!”. Choć stał się pośmiewiskiem, swój urząd pełnił nadal, co i współcześnie jest wiadome – im człowiek głupszy, tym ważniejszy. A cóż to za kamienny słup przy którym Prokop Kroupa stanął? To oczywiście Kamienny Dom – jeden z najwybitniejszych zabytków średniowiecznej architektury mieszczańskiej na terenie całych Czech, którego twórca  bardzo zasłużył się również dla ówczesnego Wrocławia.

Kopalnie srebra już w XV wieku osiągnęły rekordową głębokość, około 500 metrów. Technika górnicza była prymitywna. Warunki zdrowotne – beznadziejne. Praca – tylko ręczna; odwadnianie kopalń i wydobycie srebra – za pomocą prostych naczyń i kołowrotów; komunikacja pomiędzy ludźmi na dole – tylko za pomocą nasłuchiwania stuków w drewniane stemple i obudowy. Dotarcie do pokładu – pieszo albo za pomocą perkytli, na której górnik ześlizgiwał się w dół, korzystając z błotnistej powierzchni chodnika. Perkytle szybko się zużywały, dlatego Kutná Hora w czasach górniczej prosperity była największym odbiorcą wyprawionych skór zwierzęcych na terenie państwa czeskiego. Nie mówiąc już o zużyciu drewna na konstrukcje dołowe i jako paliwa, które ściągano aż z odległych lasów karkonoskich, skąd spławiano je Łabą i dostarczano na miejsce.

Średniowieczna Kutná Hora była miastem katolickim. Każdy z zamieszkujących tu stanów wspierał budowy kościołów; mieszczanie i patrycjat mieli swoją świątynię – kościół św. Jakuba wznoszący się w samym środku miasteczka.

Górnicy wsparli budowę innej świątyni – katedry św. Barbary, stojącej na uboczu ale będącej wisienką na torcie wybitnych smaków przeszłości miasteczka. Św. Barbara kutnohorska to z jednej strony majstersztyk gotyckiej rzeźby i architektury, a z drugiej – ówczesna manifestacja niezależności miasta i jego mieszkańców od klasztoru cystersów w miejscowości Sedlec (dziś fragmentu Kutné Hory).

Przy okazji Sedlci – w cieniu wybitnego (i wpisanego na listę UNESCO) zespołu klasztornego stoi kutnohorská Kostnice – jak byśmy powiedzieli, Kaplica Czaszek, obiekt którego żadne wycieczki nie pomijają, czy się komu podoba czy nie podoba tutejsze potraktowanie śmierci.

Budowę katedry (określenie „katedra” św Barbarze kutnohorskiej nadano dla podkreślenia walorów architektury, nie z powodu rangi) zaczęto pod koniec XIV wieku, trwała do momentu zaniku górnictwa w mieście, potem przeszła na własność Jezuitów doczekawszy się barokowej oprawy. Na przełomie XIX i XX wieku katedrę odnowiono w stylu neogotyckim; wszystkie ślady przeszłości w świątyni są widoczne po dziś dzień.

To tylko nieliczne miejsca, dla których Kutnou Horu należy umieścić w planie odwiedzin naszych południowych sąsiadów. Najlepiej jak najczęstszych i o każdej porze roku. Warto, zachęcam!

Z GRUPĄ Z KOLÍNA I OKOLIC, ŚLADAMI PANÓW Z KUNŠTÁTU A PODĚBRAD W DAWNYM KSIĘSTWIE ZIĘBICKIM

Po odwiedzinach Zamku Książ i Świdnicy (październik 2015) oraz Dusznik Zdroju i Kłodzka (październik 2016) przyszła rzecz na Ząbkowice, Ziębice i Kamieniec Ząbkowicki. Okolica ta w przeszłości była częścią majątku panów z Kunštátu a Poděbrad, z których wywodził się ostatni rodowity król – Czech, Jerzy z Podiebradów (Jiří z Poděbrad, lata rządów 1458 – 1471).

Ród z Kunštátu a Poděbrad (Pani z Kunštátu a Poděbrad) na scenie dziejowej pojawił się w 1. połowie 13. wieku przez osobę Heralta (Gerharda?) ze Zbraslavi i Obřan którego syn Kuna w latach 80. 13. wieku założył gród obronny i miasteczko – znajdziemy je ok. 20 km na północ od Brna. Po swym imieniu nazwał je Kunštát.

Heralt ze Zbraslavi i Obřan doczekał się licznego potomstwa, potem założycieli dalszych odgałęzień rodu, wśród nich – rodu z Poděbrad.

Jeden z synów Heralta, Boček, ożenił się z panią Eliškou (Elżbietą) z Lichtemburka i Žlebů, a dzięki przychylności króla i cesarza Karola IV otrzymał w lenno Poděbrady, które potem stały się dobrem dziedzicznym.

Boček z Kunštátu a Poděbrad doczekał się z Eliškou czwórki potomstwa. Najstarszy z nich, Boček starší z Kunštátu a Poděbrad (ok. 1375 – 1417) był znacznym arystokratą pełniącym urząd podkomorzego Królestwa Czeskiego. W rodzie z Kunštátu a Poděbrad był cały szereg wielkich postaci – zarządców, hetmanów, sędziów, margrabiów, skupiających swoją działalność zwł. w południowych Morawach (Brno, Znojmo i okolice).

Oprócz zasiadania na ważnych urzędach Boček starší z Kunštátu a Poděbrad był jednym z założycieli tzw. Panské jednoty, tj zgrupowania szlachty czeskiej, otwarcie występującej przeciwko nieudacznym rządom króla Wacława IV. Działalność Panské jednoty doprowadziła do dwukrotnego internowania króla ( w roku 1394 i w l. 1402 – 1403 wówczas w Wiedniu, skąd Wacław IV zresztą uciekł). Boček starší z Kunštátu a Poděbrad z małżeństwa z Eliškou (ale już inną niż jego ojciec) doczekał się czterech synów. Jednym z nich był Viktorín Boček z Kunštátu a Poděbrad. Tenże podczas wojen husyckich zasłynął jako waleczny mąż, oczywiście po stronie kalikstynów. Wojenne okoliczności, nieustanne przemieszczanie się z miejsca na miejsce i udział w wielu bitwach niemal wyłączyły go z życia rodzinnego (jeśli w średniowieczu istniało życie rodzinne jako wspólna troska obojga rodziców o swe dzieci) lecz nie towarzyskiego. Podaje się że był żonaty z Anną z Vartemberka, ale czy akurat z tą panią począł swe wybitne dziecię, dokładnie nie wiemy. Tym bardziej zdumiewa, że szlachta czeska po przedwczesnej śmierci Władysława Pogrobowca (Ladislav Pohrobek 1440 – 1457) tego właśnie niewiadomego urodzenia pana wybrała kolejnym królem Czech. Owszem, ów pan zasłynął za młodu jako hetman kraju bolesławskiego (dziś szeroka okolica Mladé Boleslavi), zarządca ziemski (w praktyce – p.o. króla). Miał owszem wady, a tą najważniejszą dla społeczności czeskiej dwojakiego wyznania było to, że był husytą. Katolicka szlachta nie wzięła udziału w wyborze, który nastąpił 2.03.1458 roku w ratuszu staromiejskim w Pradze. Królem Czech został syn Viktorína Bočka z Kunštátu a Poděbrad – Jiří z Poděbrad.

W roku 1454 książę Ernest Opawski (Arnošt Opavský) z dynastii Przemyślidów, zmuszony do spłaty swych długów za wszelką cenę, sprzedał Jiřímu (wówczas jeszcze zarządcy ziemskiemu) księstwo Ziębickie. Ziemia ta przez kolejne 114 lat była częścią majątku rodu z Kunštátu a Poděbrad. Nie wolno pominąć, że w tym samym czasie Jiří zyskał też Kłodzko. Jako król czeski, 24.06.1459 roku Jiří z Poděbrad podniósł Ziemię Kłodzką do rangi Hrabstwa. 17.12.1462 roku cesarz Fryderyk III podpisał dokument na mocy którego Kłodzko zyskało statut Hrabstwa Czech i Rzeszy.

Jedenaście lat po udanym zakupie Jiří z Poděbrad przekazał swe dziedzictwo trzem synom, którzy  po śmierci ojca rozdzielili je między siebie. Księstwo Ziębickie (i Hrabstwo Kłodzkie) odziedziczył Henryk I Starszy (Jindřich I Starši 1442 – 98), najstarszy z trójki braci. W historii księstwa słuszną kartę zapisał najstarszy potomek Henryka – Karol (Karel I. Minsterberský 1476 – 1536; Minsterberk – Muensterberg – Ziębice). Choć jego siedzibą były Ziębice, postanowił wystawić od nowa zamek w Ząbkowicach Śląskich, swego czasu należący do jego dziadka, króla Jerzego, lecz zdewastowany m.in. podczas walk, jakie Jerzy musiał toczyć o Śląsk z królem węgierskim Matyásem Korvinem.

Do odbudowy i przebudowy ząbkowickiego zamku, Karol I. zaprosił samego Benedykta Rejta (Benedikta Rieda) – m.in. architekta Sali Władysławowskiej Zamku Praskiego i twórcy sklepienia nawy głównej katedry św. Barbary w Kutné Hoře. Prace w Ząbkowicach trwały z przerwami w latach 1516 – 1530, budowa nigdy nie została ukończona i ponownie popadła w ruinę podczas wojny 30 letniej.

Wnuk Karola I., Karol Krzysztof (Karel Křyštof Minsterberský) był ostatnim z rodu księciem ziębickim. Po jego bezpotomnej śmierci w 1569 roku, ziemia została przekazana w majątek królewski. Pięć lat później została zakupiona przez ród Auerspergów (Aueršperků), właścicieli m.in. pięknego neogotyckiego zamku Žleby koło Čáslavi (kraj środkowoczeski). Auerspergowie posiadali Księstwo Ziębickie do roku 1742, gdy Śląsk zagarnął król pruski Fryderyk II.

Ślady wspólnej historii są w tej okolicy widoczne po dzień dzisiejszy. Niektóre z nich podczas dzisiejszych odwiedzin udało nam się zobaczyć, o niektórych wspomniałem.

Ząbkowice Śląskie. Herb rodu z Kunštátu a Poděbrad u wschodniego wejścia do zamku

Ząbkowice Śląskie. Nagrobek Karola I. w prezbiterium kościoła św. Anny

Ziębice. Lew czeski na ceglanym hełmie Bramy Paczkowskiej

Ziębice. Były kościół ewangelicki, wybudowany w 1791 roku na miejscu zamku książęcego, dawnej siedziby Karola I.

Ziębice. W korytarzu Ratusza znajduje się malowidło, przedstawiające śmierć księcia piastowskiego Jana III Ziębickiego w bitwie z husytami pod Starym Wielisławiem (1428 rok). Po śmierci Jana III Księstwo Ziębickie przeszło w majątek króla Czech Zygmunta Luksemburskiego.

 

PRAHA, GÓRY STOŁOWE. ZŁOTE MIASTO ZAWSZE LŚNI INACZEJ, GÓRY STOŁOWE ZAWSZE INACZEJ UROCZE

Schyłek lata ciągle słoneczny, nie inaczej u Matki miast, odwiedzonej po raz kolejny wraz z grupą ze wschodniej Polski. Błędne Skały przebyte z zadowoleniem (a przez niektórych z ulgą). Odwiedziliśmy też Kaplicę Czaszek a i starczyło czasu na napawanie się walorami Kudowy Zdroju.