Archiwum autora: Cesta

NOWOROCZNE ŻYCZENIA

Możnaby stworzyć całą ich długą listę, ale wybieram kilka aby zdążyć z ich spełnieniem się w ciągu krótkiego czasu tego właśnie Nowego Roku 2019.

Dość nie na czas przypomniałem sobie, że styczeń 2019 to miesiąc, w którym równo dwadzieścia lat temu zostałem przewodnikiem sudeckim! Te uroczyste okoliczności zastały mnie na wycieczce kursowej, podczas której instruktaż przewodnicki odbierała przesympatyczna grupa rodem od Pleszewa przez Zieloną Górę po Ziemię Kłodzką.

Wszystko przed nimi. A i przede mną też, bo w ramach obchodów tej okrągłej rocznicy nie powiedziałem ani nawet przedostatniego słowa. Przedtem życzę sobie, aby ci których powiodę tu i ówdzie mieli (co najmniej lekki) niedosyt: miejsca, okolicy. Mojej gadaniny, a to wielkie wyzwanie i sporo pracy przede mną!

Życzę też sobie, aby ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi i nieznajomymi odwiedzić bardzo wiele miejsc, ale skoro mowa o tym roku:

  1. Praga – ile tylko się da
  2. Każdy zakątek Czech – jak wyżej
  3. Szczególnie:
  4. Okolica od miasteczka Kouřim przez Radim po Nymburk
  5. Hrad Pernštejn, Trenckova rokle
  6. Kilka rokli, wyciętych w bazalcie, uchodzących do Łaby na obszarze Českého středohoří
  7. Kadaň i choć mały fragment Krušnych hor
  8. Kroměříž i raz jeszcze Lipník nad Bečvou, hrad Helfštýn.

Wystarczy. Niech się dzieje!

Niech towarzyszy temu pogoda podobna tej, jaką nasza grupa miała przez ostatnie dwa dni w Karkonoszach zachodnich.

Zapraszam do obejrzenia kilku fotek

STULECIE NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI. KRKONOŠSKÉ PŘÍHUTĚ, VÝHLEDY A ÚŽASY.

http://

Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu, aby można było zaznać to, co Dorotka, Michał i ja przeżyliśmy od rana do wieczora 11.11.2018.

Zachodnia część czeskich Karkonoszy była dziś dla nas bardzo łaskawa. Brak wiatru, słońce i sytuacja inwersyjna towarzyszyły nam niemal przez całą wędrówkę, której uwieńczeniem… Nie, tam nie było jednego takiego. Każda sytuacja i miejsce były dziś uwieńczeniem i przysłowiową třešníčkou na dortu. Ów tort ze słoneczną polewą i rozwarstwiony puszystą bitą śmietanką to dziś masyw Karkonoszy, rozkrojony kilkoma znacznymi dolinami (Labský důl, Kotelní jamy).

Dla równowagi dzień smakował nie tylko słodko – pod sam koniec doczekaliśmy się svatomartinské husy oraz zanurzenia się w ten dzisiejszy złotawy puchar. Przez bitą śmietankę zaczęliśmy, przez białą piankę zakończyliśmy.

ŚRÓDSUDECKIE FIZJO – TOPO – ŁAMIGŁÓWKI W ZADUSZKI WŁODZICKO – TRÓJPAŃSKIE

W tę tajemną okolicę i onego dnia wybraliśmy się we trzech – Rysiek, Michał i ja. Dawno już tej wielkiej turystycznej trójcy w Sudetach nie widziano, a w tej okolicy – nigdy.

Tym bardziej warto to wydarzenie odnotować na różnych łamach, bo kto wie, kiedy następna taka okazja się nadarzy, choć owszem, Rysiu takie okazje widzi na wiele wprzód oczyma wyobraźni.

Zaczęliśmy spacerem – z Głuszycy Górnej przez podrutowane elektrycznymi pastuchami łąki na Światowid [644 m.].

Nad wzgórzem tym łamią sobie (choć nie za często) głowy najtężsi sudeccy fizjografowie – czy jest ono w Górach Kamiennych, Górach Sowich, a może ni tu ni ówdzie?

Do Gór Kamiennych Światowid nie pasuje rzeźbą, choć orograficznie (względem doliny Bystrzycy) jest po ich stronie. Ale geologicznie jest im obcy; Góry Kamienne wulkaniczne, Światowid osadowy. Metamorficznym Górom Sowim Światowid też geologicznie nie  odpowiada. Osadowy, przez to mniej odporny na czynniki niszczące i oczywiście niższy niż przeciętnie grzbiet Gór Sowich. Zatem i kryterium rzeźby wyklucza zaliczenie Światowida do Gór Sowich.

Jedno opracowanie zalicza Światowida do Gór Kamiennych, inne do  Gór Sowich, jeszcze inne do Obniżenia Noworudzkiego, choć i tego opracowania nie można być pewnym;  mapa – szkic, na którym przedstawiono granice tego mezoregionu jest w zbyt małej skali, przez to nieprecyzyjna.

Mimo wszystko trzeba uznać, że Światowid z powodu rzeźby i geologii należy właśnie do Obniżenia Noworudzkiego, ale rozciągniętego znacznie na południowy wschód i w stronę Głuszycy – na północny zachód.

Inna sprawa, co to za „Obniżenie”, jeżeli jego osią biegnie łańcuch wzgórz, zaczynających się właśnie Światowidem a ciągnących przez Wzgórza Włodzickie, Górę Świętej Anny, Górę Wszystkich Świętych po okolice Bożkowa i Ścinawki Dolnej.

Owszem, w północnej części nazwa „obniżenie” pasuje, bo Światowid i jego okolice są „obniżone” względem otoczenia – Gór Kamiennych i Sowich. Ale w części południowej (okolice Nowej Rudy) „obniżenie” jest przeciętnie wyższe niż sąsiednie skłony Gór Kamiennych, Wzgórza Ścinawskie czy Garb Golińca.

I znowu – dlaczego „Obniżenie” Nowej Rudy zostało sztucznie zmniejszone o: Garb Golińca, zaliczony w różnych opracowaniach albo do Gór Bardzkich, albo do Kotliny Kłodzkiej; Wzgórza Wyrębińskie, zaliczone do Gór Sowich?

Garb Golińca pod względem rzeźby do Gór Bardzkich nie pasuje – wystarczy porządnie przyjrzeć się mapie. Geologicznie też Górom Bardzkim „nie patrzy” tym bardziej, że jest od nich oddzielony osadową kotlinką w której leży Wojbórz.

Podobna rzecz jest ze Wzgórzami Wyrębińskimi. Geologicznie osadowe, Góry Sowie – wiadomo (mam nadzieję). O rzeźbie nie wspomnę.

Także: nie Obniżenie Noworudzkie, lecz – i tu proponuję konkurs nazw:

Wzgórza/Pasmo/Góry (?) Głuszycko – Noworudzkie. Przy okazji Głuszyca – jedno a najmłodszych miast w Sudetach doczekałaby się wreszcie „swojego” mezoregionu.

Międzygórze/Sródgórze Sowio – Kamienne lub  Głuszycko – Noworudzkie. Raczej nie „Sowiogórsko – Kamiennogórskie”.

Jak kogoś razi „Sowio – Kamienne”, to może „Sowio – Jaworowe„, albo „Sowio – Jaworze„, od Javořích hor – czeskiej strony Gór Suchych.

Wzgórza Włodzickie, z nazwą rozciągniętą na obszar od Głuszycy po okolice Wojborza. Ale tu mieszkańcy Wojborza mogą się obrazić, bo u nich żadna Włodzica nie płynie.

Dopóki mnie fantazja nie poniosła, tu skończę.

Nasz przemarsz oczywiście trwał nadal. Względem tego co napisałem wyżej – nie wiemy gdzie dokładnie byliśmy, ale to tylko podniosło przyjemną atmosferę odkrywania nieznanego – nowego śródsudeckiego mezoregionu. Jeżeli on rzeczywiście istnieje – w granicach jakie podałem, to tym większa nasza satysfakcja, bo zdobyliśmy najwyższy szczyt tego mezoregionu – Włodzicką Górę [755/757 m.].

Potem przeszliśmy na pogranicze. Względem dzisiejszego osobostanu, nie mogło zabraknąć odwiedzin Trójpańskiego Kamienia.

Jego rodowód jest o wiele starszy niż my sami razem wzięci, bo przecież to XVIII wieczny styk granic posiadłości von Hochbergów z Książa, von Stillfriedów z Nowej Rudy i Benedyktynów z Broumova.

Wędrówkę skończyliśmy na stacji Głuszyca Górna, skąd odjechaliśmy osobowym pociągiem opóźnionym z Kłodzka do Wałbrzycha. Po prawdzie – do Głuszycy… Głuszycy – Głuszycy! Stamtąd, z powodu remontu torów przesiedliśmy się na autobus KKA i nim dotarliśmy do naszego miasta.

PS. Właściwie to… jestem pewien istnienia tego mezoregionu w granicach dotąd niesłychanych. Trochę to może wywróci podział fizjograficzny Sudetów, ale co tam… Wątpiących zapraszam do rozmów na ten temat.

Pracuję jeszcze nad tym, co zrobić ze Wzgórzami Ścinawskimi – one też mi nie pasują, ani do Gór Stołowych ani do Kotliny Kłodzkiej, ale o tym już kiedy indziej.

Osobiście i oczywiście – zapraszam w Sudety Środkowe!

 

ČESKÝM KRASEM PEŁNYM KRASY

Na początek, dla małego przypomnienia, co się wydarzyło do tej pory:

  1. 2014.10.18-19, PRAHA, od Vyšehradu przez Staré Město i Letnou po Hrad i Petřín. W odwiedzinach Matki Miast udział wzięło 17 osób.
  2. 2015.10.17-18, KUTNÁ HORA, Město Stříbra, Kaňk. Tym razem była nas czternastka.
  3. 2016.11.5-6, OLOMOUC, I znów było nas 14 osób.
  4. 2017.10.21-22, LITOMĚŘICE I PORTA BOHEMICA, przedtem Dutý kámen, potem Radobýl. Na tej bardzo rozmaitej (zresztą – jak inaczej!) wycieczce było nas 21 osób.

Mamy zatem mały jubileusz wizyt u naszych południowych sąsiadów. Mały co do wieku i przyszłej (mam nadzieję) ilości odwiedzin Czech, Moraw i Czeskiego Śląska, dokonywanych przez bardzo słuszną Grupę: przyjaciół, przewodników z Zamku Książ, fanów i fanatyków Republiki Czeskiej.

Po piąte z rzędu, wybraliśmy się do Berouna, aby pobyć w tym miasteczku a zwłaszcza jego okolicy – Českém krasu. Wybór miejsc godnych pozoru jest w tej krainie co najmniej bardzo duży. Niektóre z nich posiadają światową sławę (Karlštejn), te ominęliśmy. Są zakątki mające sławę krajową i lokalną – tu postanowiłem nas zabrać.

Dojechaliśmy w piątek późnym popołudniem koleją z Meziměstí, lub: busem, samolotem (!), airport-expresem i koleją – z Buska Zdroju. Stamtąd właśnie, każdorocznie dołącza do nas Renia, co oczywiście kosztuje ją sporo wschodu i zachodu, a za co należy jej się osobne uznanie. Na praskim hlaváku wyłowiliśmy ją z tłumu podróżnych i w komplecie znaleźliśmy się – najpierw u Berouńskiego niedźwiedzia, który stanowi herb miasta, logo i symbol Berouna.

W sobotnie rano ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Nie posiada ono takich zabytków, jakie można obejrzeć 30 km stąd na północny wschód, ale ma wszystko to co lubimy, nie mówiąc już o jego herbie.

Beroun wyróżnia się średniowiecznymi murami obronnymi – jednymi z najlepiej zachowanych w całym kraju. Powstały na przełomie 13 i 14 wieku z inicjatywy króla Vaclava II. W swoim czasie mury miały wysokość 6 – 9 metrów, grubość ponad 2 metry. System uzupełniony był  trzydziestoma siedmioma basztami. Świadczyło to o wielkim znaczeniu Berouna – miasta położonego na bardzo ważnym szlaku, łączącym Pragę z Bawarią przez Pilzno. Po dzień dzisiejszy nad zachowanymi murami czuwają dwie bramy miejskie – Pražská po stronie północnej i starsza – Plzeňská po stronie południowej; tu jeszcze do 18 wieku było pobierane myto za przejazd przez miasto. Brama niegdyś gotycka, w połowie 18 wieku utraciła swój charakter w wyniku pożaru, została potem przebudowana w stylu barokowym.

Na fasadzie bramy znajduje się fresk przedstawiający Chronosa – boga czasu, poniżej bez trudu można dostrzec herb, który Beroun posiada od pradawna. Najstarszy wizerunek znaku pochodzi jednak z końca 14 wieku; już wówczas był na nim przedstawiony niedźwiedź. Nie może być więc inaczej, aby w Berouně niedźwiedzie nie mieszkały – owszem na zamkniętym wybiegu. Mieszka ich dwóch – Matěj i Kuba, misiowi celebryci – bohaterowie wieczorynki autorstwa Václava Chaloupka. Obywatelami miasta są od roku 2001, przybyli tu we trójkę (był jeszcze Vojta, ale zmarł biedaczysko w roku 2016) po zakończonym aktorskim angażu.

Beroun nie jest jedynym miastem w Republice Czeskiej, gdzie średniowieczne mury obronne zachowały się dobrze, tzn. co najmniej w połowie długości.

Od południa do zapadnięcia zmroku zwiedzaliśmy dalsze plenery. Najpierw Solvayovy lomy, a wisienką na torcie był Svatý Jan pod Skalou

Niedzielne rano przywitało niektórych z nas na wzgórzu Děd.

Dorotka, Michał, Piotrek, Janek, Tomek i ja szybciutko uwinęliśmy się ze spacerkiem na to dość odległe od  centrum Berouna wzgórze i wieńczącą je wieżę widokową. Ta, choć malownicza, oferuje dość ograniczone horyzonty i to tylko dlatego że w lesie wykonano szeroką przecinkę. Lecz i tak było bardzo przyjemnie, a po wczorajszej kolacji ten szybki spacer dobrze nam zrobił.

Potem, już z całą ekipą, w której przypomnę były: Krysia, Ela, Beata, Dominika no i Kaziu, odjechaliśmy z Berouna do Křivoklátu – dawnego zamku łowieckiego królów czeskich.

Zamek pozostaje w cieniu króla wszystkich – Karlštejna, znajduje się na jeszcze większym uboczu i odwiedzany jest przez znacznie mniejsze rzesze. Zdecydowanie jednak jest to miejsce, które powinno się znaleźć na trasie każdego miłośnika Republiki Czeskiej.

Křivoklát posiada bardzo ciekawą historię (do tego podaną przez miejscowego i bardzo rzeczowego przewodnika), bogate wyposażenie (choć kiedyś słyszałem od jednego ze znajomych nam, wielojęzycznych przewodników, że… nic tu nie ma – co jest całkowicie nieprawdą!) i bardzo interesujący detal oraz urozmaiconą bryłę. Spędziliśmy tu ładnych kilka godzin, żałując jedynie, że to tylko tyle.

Odwiedziny zamku Křivoklát były ukoronowaniem naszych tego – rocznych/jesiennych/październikowych/posezonowych odwiedzin Czech. Tematu niewyczerpanego nigdy.

Za rok zapraszam do Pragi. Powtórka? Nic podobnego! Tym razem zajrzymy na obrzeża stolicy – zakątki przyrody żywej i nieożywionej, usedlosti, miejsca magiczne. Może starczy czasu na osiedla awaryjne?… Raczej nie starczy. Będzie więc jeszcze kolejny (nie)raz.

A może w międzyczasie coś się jeszcze uda?

Tymczasem kończymy naszą (jak powiedział pan przewodnik z Muzeum Czeskiego Krasu) VZÁCNOU NÁVŠTĚVU!

 

 

PIĘKNA PRZECHADZKA KUTNOU HOROU

Zdecydowanie najwięcej wycieczek z Polski jedzie do Czech aby odwiedzić Pragę. Bardzo dobrze jest odwiedzić też inne miejsca, np. Kutnou Horu – Skarbiec Królestwa, Miasto Srebra,  które ma nie tylko zestaw wybitnych pamiątek przeszłości. Posiada też nieoceniony spokój, którego nie ma i nie będzie mieć Matka Miast.

Kutná Hora też ma za sobą długie stulecia i burzliwy rozwój, trwający z różnymi wahnięciami od przełomu XIII / XIV, do początku XVIII wieku. Po prawdzie to już z końcem stulecia X odkryto bogactwo i przyczynę rozwoju „Hor kutných” czyli srebro, z którego później wybijano najważniejszy pieniądz średniowiecznej Europy – grosz praski. To dzięki niemu na terenie Królestwa Czeskiego wzniesiono wiele pojedynczych obiektów, ale i całe miasta, weźmy późnogotycką Pragę. Sama Kutná Hora też dzięki groszowi się rozwinęła i rozbudowała. Swoje domy, ba – pałace stawiali ludzie, bogacący się na srebrze w sposób mniej czy bardziej uczciwy. W mieście lubili przebywać królowie a gmach gdzie znajdowała się mennica, Dwór Włoski – Vlašský dvůr był nawet rezydencją jednego z nich –  Václava IV, który tu szczególnie lubił przebywać. Również tu, na Vlašském dvoře, po długim okresie wojen husyckich i z tym związanych niepokojów, Władysław Jagiellończyk został wybrany kolejnym królem czeskim. Tak zaczął się okres władzy dynastii Jagiellonów w Królestwie Czeskim, trwający jednak niezbyt długo – równych 55 lat.

Rozwój Kutné Hory nie był bezbolesny, a to co w nim najbardziej uciążliwe dotknęło najbardziej tych, dzięki którym podziemne bogactwo zdołało się wydostać na powierzchnię. Górnicy kutnohorscy pracowali w skrajnych warunkach za marne wynagrodzenie, gdy tymczasem na powierzchni kwitła korupcja. Wszczynali przeciw temu bunty, jeden z nich – powstanie kutnohorskie (1494-96) jest uważane za największą burzę dziejową w średniowiecznych Czechach, wybuchłą na tle socjalnym.

Z tym niespokojnym czasem związana jest postać Prokopa Kroupy – ówczesnego głównego skarbnika miasta, odpowiedzialnego za przepływ praskiego grosza z mennicy do skarbca państwowego. Sprawował tą ważną funkcję mimo że był człowiekiem nierozgarniętym. Gdy w Kutné Hoře rozpoczęły się bunty górników, Prokop z wysokości swej rezydencji uciszał tłum. Przejęzyczył się i zamiast wołać „uspokójcie się, przecież panowie wam nic złego nie życzą!” krzyknął „uspokójcie się, przecież panowie wam nic dobrego nie życzą!”. Stąd powiedzenie: „Prokop gadał rzeczy głupie, stojąc przy kamiennym słupie!”. Choć stał się pośmiewiskiem, swój urząd pełnił nadal, co i współcześnie jest wiadome – im człowiek głupszy, tym ważniejszy. A cóż to za kamienny słup przy którym Prokop Kroupa stanął? To oczywiście Kamienny Dom – jeden z najwybitniejszych zabytków średniowiecznej architektury mieszczańskiej na terenie całych Czech, którego twórca  bardzo zasłużył się również dla ówczesnego Wrocławia.

Kopalnie srebra już w XV wieku osiągnęły rekordową głębokość, około 500 metrów. Technika górnicza była prymitywna. Warunki zdrowotne – beznadziejne. Praca – tylko ręczna; odwadnianie kopalń i wydobycie srebra – za pomocą prostych naczyń i kołowrotów; komunikacja pomiędzy ludźmi na dole – tylko za pomocą nasłuchiwania stuków w drewniane stemple i obudowy. Dotarcie do pokładu – pieszo albo za pomocą perkytli, na której górnik ześlizgiwał się w dół, korzystając z błotnistej powierzchni chodnika. Perkytle szybko się zużywały, dlatego Kutná Hora w czasach górniczej prosperity była największym odbiorcą wyprawionych skór zwierzęcych na terenie państwa czeskiego. Nie mówiąc już o zużyciu drewna na konstrukcje dołowe i jako paliwa, które ściągano aż z odległych lasów karkonoskich, skąd spławiano je Łabą i dostarczano na miejsce.

Średniowieczna Kutná Hora była miastem katolickim. Każdy z zamieszkujących tu stanów wspierał budowy kościołów; mieszczanie i patrycjat mieli swoją świątynię – kościół św. Jakuba wznoszący się w samym środku miasteczka.

Górnicy wsparli budowę innej świątyni – katedry św. Barbary, stojącej na uboczu ale będącej wisienką na torcie wybitnych smaków przeszłości miasteczka. Św. Barbara kutnohorska to z jednej strony majstersztyk gotyckiej rzeźby i architektury, a z drugiej – ówczesna manifestacja niezależności miasta i jego mieszkańców od klasztoru cystersów w miejscowości Sedlec (dziś fragmentu Kutné Hory).

Przy okazji Sedlci – w cieniu wybitnego (i wpisanego na listę UNESCO) zespołu klasztornego stoi kutnohorská Kostnice – jak byśmy powiedzieli, Kaplica Czaszek, obiekt którego żadne wycieczki nie pomijają, czy się komu podoba czy nie podoba tutejsze potraktowanie śmierci.

Budowę katedry (określenie „katedra” św Barbarze kutnohorskiej nadano dla podkreślenia walorów architektury, nie z powodu rangi) zaczęto pod koniec XIV wieku, trwała do momentu zaniku górnictwa w mieście, potem przeszła na własność Jezuitów doczekawszy się barokowej oprawy. Na przełomie XIX i XX wieku katedrę odnowiono w stylu neogotyckim; wszystkie ślady przeszłości w świątyni są widoczne po dziś dzień.

To tylko nieliczne miejsca, dla których Kutnou Horu należy umieścić w planie odwiedzin naszych południowych sąsiadów. Najlepiej jak najczęstszych i o każdej porze roku. Warto, zachęcam!

Z GRUPĄ Z KOLÍNA I OKOLIC, ŚLADAMI PANÓW Z KUNŠTÁTU A PODĚBRAD W DAWNYM KSIĘSTWIE ZIĘBICKIM

Po odwiedzinach Zamku Książ i Świdnicy (październik 2015) oraz Dusznik Zdroju i Kłodzka (październik 2016) przyszła rzecz na Ząbkowice, Ziębice i Kamieniec Ząbkowicki. Okolica ta w przeszłości była częścią majątku panów z Kunštátu a Poděbrad, z których wywodził się ostatni rodowity król – Czech, Jerzy z Podiebradów (Jiří z Poděbrad, lata rządów 1458 – 1471).

Ród z Kunštátu a Poděbrad (Pani z Kunštátu a Poděbrad) na scenie dziejowej pojawił się w 1. połowie 13. wieku przez osobę Heralta (Gerharda?) ze Zbraslavi i Obřan którego syn Kuna w latach 80. 13. wieku założył gród obronny i miasteczko – znajdziemy je ok. 20 km na północ od Brna. Po swym imieniu nazwał je Kunštát.

Heralt ze Zbraslavi i Obřan doczekał się licznego potomstwa, potem założycieli dalszych odgałęzień rodu, wśród nich – rodu z Poděbrad.

Jeden z synów Heralta, Boček, ożenił się z panią Eliškou (Elżbietą) z Lichtemburka i Žlebů, a dzięki przychylności króla i cesarza Karola IV otrzymał w lenno Poděbrady, które potem stały się dobrem dziedzicznym.

Boček z Kunštátu a Poděbrad doczekał się z Eliškou czwórki potomstwa. Najstarszy z nich, Boček starší z Kunštátu a Poděbrad (ok. 1375 – 1417) był znacznym arystokratą pełniącym urząd podkomorzego Królestwa Czeskiego. W rodzie z Kunštátu a Poděbrad był cały szereg wielkich postaci – zarządców, hetmanów, sędziów, margrabiów, skupiających swoją działalność zwł. w południowych Morawach (Brno, Znojmo i okolice).

Oprócz zasiadania na ważnych urzędach Boček starší z Kunštátu a Poděbrad był jednym z założycieli tzw. Panské jednoty, tj zgrupowania szlachty czeskiej, otwarcie występującej przeciwko nieudacznym rządom króla Wacława IV. Działalność Panské jednoty doprowadziła do dwukrotnego internowania króla ( w roku 1394 i w l. 1402 – 1403 wówczas w Wiedniu, skąd Wacław IV zresztą uciekł). Boček starší z Kunštátu a Poděbrad z małżeństwa z Eliškou (ale już inną niż jego ojciec) doczekał się czterech synów. Jednym z nich był Viktorín Boček z Kunštátu a Poděbrad. Tenże podczas wojen husyckich zasłynął jako waleczny mąż, oczywiście po stronie kalikstynów. Wojenne okoliczności, nieustanne przemieszczanie się z miejsca na miejsce i udział w wielu bitwach niemal wyłączyły go z życia rodzinnego (jeśli w średniowieczu istniało życie rodzinne jako wspólna troska obojga rodziców o swe dzieci) lecz nie towarzyskiego. Podaje się że był żonaty z Anną z Vartemberka, ale czy akurat z tą panią począł swe wybitne dziecię, dokładnie nie wiemy. Tym bardziej zdumiewa, że szlachta czeska po przedwczesnej śmierci Władysława Pogrobowca (Ladislav Pohrobek 1440 – 1457) tego właśnie niewiadomego urodzenia pana wybrała kolejnym królem Czech. Owszem, ów pan zasłynął za młodu jako hetman kraju bolesławskiego (dziś szeroka okolica Mladé Boleslavi), zarządca ziemski (w praktyce – p.o. króla). Miał owszem wady, a tą najważniejszą dla społeczności czeskiej dwojakiego wyznania było to, że był husytą. Katolicka szlachta nie wzięła udziału w wyborze, który nastąpił 2.03.1458 roku w ratuszu staromiejskim w Pradze. Królem Czech został syn Viktorína Bočka z Kunštátu a Poděbrad – Jiří z Poděbrad.

W roku 1454 książę Ernest Opawski (Arnošt Opavský) z dynastii Przemyślidów, zmuszony do spłaty swych długów za wszelką cenę, sprzedał Jiřímu (wówczas jeszcze zarządcy ziemskiemu) księstwo Ziębickie. Ziemia ta przez kolejne 114 lat była częścią majątku rodu z Kunštátu a Poděbrad. Nie wolno pominąć, że w tym samym czasie Jiří zyskał też Kłodzko. Jako król czeski, 24.06.1459 roku Jiří z Poděbrad podniósł Ziemię Kłodzką do rangi Hrabstwa. 17.12.1462 roku cesarz Fryderyk III podpisał dokument na mocy którego Kłodzko zyskało statut Hrabstwa Czech i Rzeszy.

Jedenaście lat po udanym zakupie Jiří z Poděbrad przekazał swe dziedzictwo trzem synom, którzy  po śmierci ojca rozdzielili je między siebie. Księstwo Ziębickie (i Hrabstwo Kłodzkie) odziedziczył Henryk I Starszy (Jindřich I Starši 1442 – 98), najstarszy z trójki braci. W historii księstwa słuszną kartę zapisał najstarszy potomek Henryka – Karol (Karel I. Minsterberský 1476 – 1536; Minsterberk – Muensterberg – Ziębice). Choć jego siedzibą były Ziębice, postanowił wystawić od nowa zamek w Ząbkowicach Śląskich, swego czasu należący do jego dziadka, króla Jerzego, lecz zdewastowany m.in. podczas walk, jakie Jerzy musiał toczyć o Śląsk z królem węgierskim Matyásem Korvinem.

Do odbudowy i przebudowy ząbkowickiego zamku, Karol I. zaprosił samego Benedykta Rejta (Benedikta Rieda) – m.in. architekta Sali Władysławowskiej Zamku Praskiego i twórcy sklepienia nawy głównej katedry św. Barbary w Kutné Hoře. Prace w Ząbkowicach trwały z przerwami w latach 1516 – 1530, budowa nigdy nie została ukończona i ponownie popadła w ruinę podczas wojny 30 letniej.

Wnuk Karola I., Karol Krzysztof (Karel Křyštof Minsterberský) był ostatnim z rodu księciem ziębickim. Po jego bezpotomnej śmierci w 1569 roku, ziemia została przekazana w majątek królewski. Pięć lat później została zakupiona przez ród Auerspergów (Aueršperků), właścicieli m.in. pięknego neogotyckiego zamku Žleby koło Čáslavi (kraj środkowoczeski). Auerspergowie posiadali Księstwo Ziębickie do roku 1742, gdy Śląsk zagarnął król pruski Fryderyk II.

Ślady wspólnej historii są w tej okolicy widoczne po dzień dzisiejszy. Niektóre z nich podczas dzisiejszych odwiedzin udało nam się zobaczyć, o niektórych wspomniałem.

Ząbkowice Śląskie. Herb rodu z Kunštátu a Poděbrad u wschodniego wejścia do zamku

Ząbkowice Śląskie. Nagrobek Karola I. w prezbiterium kościoła św. Anny

Ziębice. Lew czeski na ceglanym hełmie Bramy Paczkowskiej

Ziębice. Były kościół ewangelicki, wybudowany w 1791 roku na miejscu zamku książęcego, dawnej siedziby Karola I.

Ziębice. W korytarzu Ratusza znajduje się malowidło, przedstawiające śmierć księcia piastowskiego Jana III Ziębickiego w bitwie z husytami pod Starym Wielisławiem (1428 rok). Po śmierci Jana III Księstwo Ziębickie przeszło w majątek króla Czech Zygmunta Luksemburskiego.

 

PRAHA, GÓRY STOŁOWE. ZŁOTE MIASTO ZAWSZE LŚNI INACZEJ, GÓRY STOŁOWE ZAWSZE INACZEJ UROCZE

Schyłek lata ciągle słoneczny, nie inaczej u Matki miast, odwiedzonej po raz kolejny wraz z grupą ze wschodniej Polski. Błędne Skały przebyte z zadowoleniem (a przez niektórych z ulgą). Odwiedziliśmy też Kaplicę Czaszek a i starczyło czasu na napawanie się walorami Kudowy Zdroju.

ROWEREM OD KARKONOSZY PO GÓRY WAŁBRZYSKIE

Z sobie wiadomych powodów zbierałem się na ten przejazd od roku 2003… No dobrze – zbierałem siły 😉 Bardzo się przydały bo trasa, myślę sobie była całkiem słuszna, choć… nie do końca przemyślana. Trochę ją odcierpiałem. Ale nie to było najważniejsze lecz zakątki Karkonoszy / Krkonoš, których nie wolno ot, tak – przejechać na rowerze! Dlatego prędzej czy później wycieczkę powtórzyć trzeba będzie, ale w wersji kilkudniowej. Kilka podjazdów w Karkonoszach robi wrażenie i wyciska na miazgę. Polecam tę trasę, oznaczoną w Krkonošským národním parku jako K1A wszystkim, którzy chcą sobie coś udowodnić lub ich bardzo siły rozpierają.

Powrót z Zacléře do domu to już gratka, o ile siodełko jest wciąż wygodne a podjazdów z Lubawki do Lipienicy czy z Krzeszowa do Grzęd nie widać i nie czuć, bo dzień się skończył i jedzie się po ciemku.

 

RUMUNIA – MUNȚII TRASCĂU

Munții Trascău to wapienno dolomitowy masyw bardzo bogaty w wodę, odpływającą stąd licznymi i wartkimi rzekami.

Szalejące wody rzek i potoków robią z tutejszymi skałami co chcą. Te zaś gdzie zdołają, stawiają opór, a efektem przyrodniczych zmagań jest imponujący krajobraz Munții Trascău, wszędzie nazwany z użyciem wyrazów takich jak: fața, piatră, sub piatră, valea, dealu, cheile, peștera.

Woda jest tu niemal wszędzie. Wypływa z licznych wywierzysk tworząc od razu zasobne potoki, energicznie rozcinające skały znajdujące się na ich drodze. Tak powstają stromościenne cheile – skalne bramy lub gardziele, bardzo utrudniające dotarcie w głąb gór. Na dnie tej formacji ledwo mieści się wycięta w skale rękoma ludzkimi i zabezpieczona żelastwem ścieżka. Przeważnie nawet tego nie ma, dlatego przez cheile wędruje się korytem rwącego potoku.

Dorotka po utracie butów, wszędzie tu wędrowała w sandałach, ale jak zwykle ona – zniosła to dzielnie. Jak to zrobiła, nie wiem… Determinacja!

Wiele w Trascău jest miejsc, gdzie woda szaleje pod ziemią drążąc korytarze wielkich jaskiń. Jedną z nich jest Peștera Huda lui Papară z której wypływa Văii Morilor, powstała z połączenia trzech innych rzek zapadających się pod ziemię po przeciwnej stronie góry, tam tworzących tzw. dolinę ślepą, z której na pozór nic nie może wypłynąć, a jednak. Prawdziwy przyrodniczy majstersztyk!

Podejścia i zejścia są tu przeważnie 500 metrowe lub wyższe. Wyprowadzają z dolin wprost na skaliste wierzchołki gór, między którymi bezkreśnie falują połoninne grzbiety. Odległości przez to są znaczne, teren jest odludny.

Miejscowości w Trascău jest mało. Przeważnie tworzy je kilka domów, zaczepionych na stromych stokach, przycupniętych na wzgórzach, albo wciśniętych w wąskie doliny rzek. Miejscowość Cheia składa się z czterech budynków: cerkwi, stodoły, budynku gospodarczego i mieszkalnego. Mieszka tu para: ona – zawodowa opiekunka czy rehabilitantka, on – artysta malarz, ich dwoje dzieci, oraz inwentarz. Ich życie to codzienna praca przy gospodarstwie z którego się utrzymują. Przyjechali tu ze stolicy, gdzie jest nieznośnie. Wydaje się, że w otoczeniu przyrody w Cheia znaleźli to, czego chcieli, mimo licznych trudów, oraz wszelkich „braków dostępu”, a może właśnie dzięki tym brakom. Dzieci dzielnie pomagają swoim rodzicom koło domu, do szkoły mają 10 kilometrów. Połowę z tego pokonują pieszo. Rano w tę i po południu z powrotem…

W Munții Trascău wydobywano kiedyś rozmaite kruszce, rudy metali, surowce skalne, a na peryferiach, np. w okolicach miasta Turda – sól kamienną. Tutejsze kopalnie soli (Salina Turda) istniały nieprzerwanie od czasów rzymskich do lat 30 XX wieku.

Rodowód związany z górnictwem żelaza i srebra posiada Rimetea – perełka architektury, dawne miasteczko z czytelnym do dziś układem i ośrodek kultury węgierskiej.

We wschodniej Transylwanii zamieszkiwali niegdyś Seklerzy (Székelyi, być może od „szegély” czyli strażnik granic) – lud węgierskojęzyczny lub posługujący się dialektem węgierskiego, dziś określający się po prostu Węgrami. Mieszkają też w zachodniej Transylwanii, m.in. w Rimetei, która oprócz tego że jest piękna sama w sobie, jest (razem z sąsiednią miejscowością Colțesti) wspaniale położona w śródgórskiej Depresiunea Trăscaului.

Rimetea leży u stóp Colți Trascăului i Piatra Secuiului (Skały Szeklerskiej), tworzących nad miasteczkiem ponad 550 metrowej wysokości dolomitowy bastion. Góra jest tak blisko, że w odpowiedniej porze roku mieszkańcy pozostają w cieniu Piatra Secuiului, bo tarcza słoneczna nisko zakreślając nieboskłon, nie wychyla się ponad górę. W lecie słońce wschodzi dwa razy: najpierw nad horyzontem, potem chowa się za Colți Trascăului by za dłuższą chwilę wzejść jeszcze raz, po przeciwnej stronie góry.

Przede wszystkim jednak – Piatra Secuiului, choć nie najwyższa w okolicy, sprawia potężne wrażenie. Jest też chyba świętą górą dla Węgrów, których wrzaskliwe rzesze ciągną na szczyt stromym szlakiem w tę i z powrotem do miasteczka, gdzie oddają się posiedzeniu w knajpach przy stole winnym.

Dorotka i ja owszem, poszliśmy w tę, ale z powrotem inną drogą. Choć wszystko na to wskazywało, nie padliśmy z braku wody a dzięki temu że poszliśmy inaczej, odwiedziliśmy jeszcze jeden tutejszy twór przyrody nieożywionej – Grota Studentilor. Powszechnie uważa się, że Pravčická Brána jest największym skalnym mostem w Europie. To na jakim kontynencie jesteśmy teraz?…

Wejście na cudownie widokową Piatra Secuiului i czas spędzony w Rimetei były ostatnim epizodem odwiedzin Munții Trascău, skąd przez Turdę odjechaliśmy do Cluj – Napoca, spędzając tam ostatnie dwa dni naszego wyjazdu.

O Cluj może będzie jeszcze czas szerzej się wypowiedzieć. Miasto oczywiście posiada wiele zabytków, tętni życiem i jest bardzo ciekawe, ale to nie jest Sibiu, które odwiedziliśmy rok temu po zejściu z Gór Fogaraskich.

Z Cluj – Napoca po dwudziestogodzinnej podróży kolejowej via Budapest, Brno, Chocen, Náchod dotarliśmy do Meziměstí. Stąd do domu zabrała nas ostatnia, choć zamówiona, ale jednak – ocazia.

Do następnej okazji w Rumunii!

RUMUNIA – PRZEZ MUNȚII RETEZAT I JESZCZE KAWAŁEK

…Z rozpostartego nad nami ołowiu coś faktycznie kapło, potem przestało, ale na to że będzie bardzo dobrze – słonecznie, liczyć nie mogliśmy.

Jeszcze dłuższą chwilę spędziliśmy w Devie, robiąc drobny zakup i wzrokowo witając się z miejskim krajobrazem Rumunii, pamiętającym oczywiście czasy dyktatury. O architekturze mieszkalnej z tamtego okresu można mówić wszystko co najgorsze, ale tu w Rumunii trudno to powiedzieć. Nie wiem jak tutejszym się w tych domach mieszka, w środku nie byłem. Pewnie mieszkańcy mają długi zestaw spraw z jakimi walczą. Z zewnątrz – to nie jest zwykły betonowy, prefabrykowany banał, choć oczywiście całkiem nie zgrywający się z otoczeniem. Tutejsze zdominowane jest przez niewysokie, ale bardzo strome wzgórze na którym wznoszą się potężne mury Cetatea Devei.

Deva została założona w połowie 13. wieku przez węgierskiego króla Belę IV. Wkrótce potem miasto zostało zdewastowane przez Kumanów / Połowców, uciekających przed najazdem mongolskim. Aby uniknąć podobnych niszczycielskich wpadów, Stefan V, syn Beli nakazał je odbudować i ufortyfikować, wtedy najpewniej powstała twierdza na wzgórzu, o czym też głosi wieść

Nasza rzeczywistość to kolejne odwiedziny – miasta, a szczególnie zamku. Castelul Corvinilor to gotycko – renesansowa twierdza, dawne gniazdo rodowe Hunyadich, z których wywodził się inny król węgierski – Matyás Korvin.

Dostojna budowla postawiona u wrót kraju przetrwała różne burze dziejowe, zwłaszcza to, co działo się tu za czasów dyktatury. Tak jak koło arcy – zabytkowego Krakowa postawiono dla równowagi Nową Hutę, tak w miasteczku Hunedoara, u stóp Castelul Corvinilor rozbudowano do postaci molocha, istniejącą tu od końca 19. wieku hutę żelaza. Tak dla „równowagi” koło perły historii powstała perła komunizmu: Combinatul Siderurgic Hunedoara. Zamek przez dziesięciolecia stał w cieniu kombinatu, motany chmurą zanieczyszczeń i dewastowany.

Od kilku lat odzyskuje swój blask, jaki stopniowo zyskiwał, odkąd w 1 poł 15. wieku Janos Hunyadi przebudował gotycką twierdzę w porządną rodową rezydencję. W wieku 17. zamek został rozbudowany przez kolejnego właściciela – Gabora Bethlena. Świadkami kolejnych rozbudów są zamkowe wieże: Wejściowa Zachodnia, Pusta (albo Liliowa), Jana Kapistrana, Wschodnia Wejściowa, Doboszów (bębniarzy), tzw. Maczuga (Wieża Malowana) i Wieża „Nebojsa”. Nazwa ostatniej pochodzi z czasów Macieja Korwina, gdy zamku strzegła załoga składająca się z żołnierzy serbskich.

O Castelul Corvinilor, co oczywiste, krążą również liczne legendy.

Jedna z nich opowiada o zamkowej studni, wydrążonej przez trzech tureckich jeńców. Janos Hunyadi obiecał im wolność, jeśli tylko w studni wystąpi dobra woda. Przez 15 lat Turkowie wydrążyli 28 m głęboką studnię, dobrą wodę sięgnęli, ale w międzyczasie budowy Janos Hunyadi zmarł. Wdowa po nim – Erzebeth Szilagyi okazała się wiarołomna i nie uwolniła trzech jeńców, którzy na zamku dokończyli swe życie.

Jest też legenda o kruku z pierścieniem

A my zmierzamy dalej! Najedzeni porządnym rumuńskim śniadankiem (dwa rodzaje omletów, grzanki, sałatka, chleb, kawa, capuccino) i napawani walorami historii, ruszyliśmy na okazję.

Pierwszy pan kierowca podwiózł nas do Hațegu, drugi do Ohaba de Sub Piatră. W międzyczasie zaczęło padać. W Ohabie pozytywnie na nas zareagował starszy pan w terenowym samochodzie.

– podwiózłby nas pan do Nucșoary?

– (uśmiech) właściwie to ja jadę tylko do Sălașu, ale… dobra, wsiadajcie!

– 🙂

I tak po południu stanęliśmy u stóp Retezatu. Zanim w góry wyszliśmy, odpoczęliśmy w sklepie – barze, w każdej z tych instytucji załatwiając właściwe sprawunki. Szczególnie nas ucieszyły zakupy różnych serów w ilości kilku kilo, które nam starczyły do końca wyjazdu, nie utraciwszy nic ze swych walorów. Te prosto od gospodyni która akurat przechodziła obok, została przeze mnie zagadnięta i chciała zrozumieć co do niej mówię.

Potem nastąpił wielogodzinny marsz doliną bardzo burzliwego (co jest tu zwyczajne) potoku Nucșoara. Szum wody przewalającej się licznymi kaskadami był dopełnieniem majestatu, który przez niski pułap chmur mogliśmy sobie wyobrazić a nie mogliśmy dojrzeć. Wygodna droga doprowadziła nas na Poianę Cârnic, gdzie do pozostania na biwak zachęcał nas tutejszy uśmiechnięty gospodarz pola campingowego. Szkoda że tego samego gospodarza nie ma w Cabanie Pietrele dokąd jednak, czyli jeszcze dość w górę, poszliśmy.

Droga z czasem przeszła w zupełnie rozrytą ścieżynę, było coraz stromiej, wyżej i mroczniej – również z powodu pory dnia. Zwłaszcza jednak z powodu chmur, z których spadł rzęsisty deszcz. Końcówka przejścia dodatkowo wiodła skrótem zakosów drogi, wprost przez bujnie wyrosłe leśne runo, dlatego nasz dzisiejszy cel – Cabanę Pietrele osiągnęliśmy całkiem mokrzy. Budynek schroniska samego w sobie nie jest zbyt duży ale otacza je, że tak powiem, kompleks domków campingowych. Schronisko świeciło pustkami, domki tym bardziej. Mimo to, z powodów idiotycznych, choć chcieliśmy zanocować pod dachem, nie mogliśmy. Co gorsza, tak jak my została potraktowana niemiecka rodzina z dwójką chłopaków, mająca za sobą cały dzień wędrówki. Tutejsi odesłali ich z kwitkiem, tylko ich na drogę poinformowali, że niecałą godzinę stąd jest Cabana Gențiana – może tam was przyjmą. Może! Powiedzieli pseudogospodarze schroniska Cabana Pietrele do grupy turystów, którzy zawędrowali w wysokie góry i nie zarezerwowali sobie (smsem) miejsca w i tak pustym obiekcie!

-To może wam teraz ten sms wyślemy!

-Nie, bo teraz nie dojdzie, poza tym domki są zniszczone przez powódź…

Dorotka i ja po dłuższym czasie spędzonym na poszukiwania i przygotowania w miarę płaskiego miejsca pod namiot, zostaliśmy na pobliskiej polanie na biwak. W nocy, jak i w dzień, lunęło.

Rano okazało się, że z butami Dorotki jest coś nie tak i zaczynają się rozwalać, choć były używane może kilka razy podczas spacerów po Sudetach. Innych zmartwień nie mieliśmy, dlatego z niewielkim balastem doświadczeń a tylko z dość ciężkimi plecakami rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę głównej grani Retezatu. Ścieżyna wiodła nas szczerym lasem świerkowym, porastającym morenę doliny potoku Pietrele; za pół godziny dość karkołomnego przejścia doszliśmy do Cabany Gențiana. Małe schronisko o bardzo sympatycznym wyglądzie i prostym wyposażeniu było bez porównania inne niż Cabana Pietrele. Wyszło to też podczas rozmowy z jej gospodarzem i dwójką rumuńskich turystów, którzy wczoraj wieczór brali udział w nieszczęsnej pogaduszce w Pietrele.

Po rozmowie z tą dwójką ustaliliśmy, że idziemy nad Lacul Bucura, tam oczekiwać jakiegoś okna pogodowego. Mamy nadzieję że ono nastąpi, choć póki co to okno raczej się zamyka niż otwiera… I tak jednak nie było najgorzej, skoro po kilku godzinach wędrówki z Pietrele stanęliśmy na 2206 m., niespecjalnie moknąc ale też nic nie widząc przez mgłę. Mogliśmy jedynie przyjrzeć się toni bardzo pięknego Lacul Pietrele.

2206 m. to wysokość Curmătura Bucurei. Było wietrznie i zimno a uspokoiło się po drugiej stronie grani. nie na długo po prawdzie, bo gdy dotarliśmy na miejsce naszego drugiego biwaku znów zaczęło wiać. Co tam jednak niestabilna pogoda, gdy jesteśmy w tak urokliwym miejscu – nad brzegiem Lacul Bucura, bodaj jednego z większych w Retezacie. Taflę jeziora położoną na ok. 2000 metrów otaczają skaliste żylety a najostrzejszą z nich jest (jak się później okaże) Judele (2398 m.). Najwyższą jest oczywiście Peleaga (2509 m.), ale wśród okolicznych zgrabniutkich skalic kształtem nie imponuje – jest przysadzista i dostojna.

Z brzegu jeziora Bucura mimo niesprzyjających pogód było dokładnie widać na południe, zamknięte wapiennym i mocno zalesionym Retezatul Mic. W ogóle wydaje się że horyzont południowy jest bardziej pogodny, ale pewnie to tylko pozór. Zresztą i tak jest to daleko od nas.

Nasz namiot, obeschły po nocnej pompie, znów parę razy został wychłostany deszczem. Nie on jeden. Nad Bucurą stoi teraz co najmniej kilkanaście namiotów; biwakuje tu wielu Czechów, są i tutejsi, ale głównie okupują Refugiul Salvamont Bucura, stojące nieco wyżej i dalej od jeziora. Ludzi sporo, ale i tak nad wszystkim tu rządzi przyroda.

Przyroda, która nam póki co uniemożliwia jakieś odważniejsze działania. Oprócz deszczu, nad Lacul Bucura, właściwie cały czas bardzo mocno wieje.

Dzisiejsze poranne niebo wyglądało tak jakby zaraz miało zacząć śnieżyć, potem bardzo długo czekaliśmy aż się cokolwiek wyklaruje. Odbyłem też rozmowę z kilkoma Czeszkami, które co do pogody stwierdziły „nikdo nic neví”. W Refugiul Salvamont Bucura dyżurował młody człowiek, jego komunikat był prosty „raining every day”… Small or big? Every…

Parę godzin później determinacja wzięła górę. I my wzięliśmy górę, tzn. Peleagę (2509 m.)!

Znad Bucury wiedzie nań dzika ścieżka wśród rozległego piargu i surowego polodowcowego krajobrazu. Wokół niebywały koloryt szarości, wszędzie pionowo albo przynajmniej bardzo spadziście; nie wiemy dokładnie bo wszystko zasłaniają mgły. Mimo to udało mi się wypatrzyć kilka świstaków, czy raczej – one wypatrzyły nas ale były na tyle ufne, że dały się podejść na jakieś 50 m.

Z Peleagi nie było nam dane zbyt wiele obejrzeć, deszcz dopadł nas podczas zejścia. Jednak to nie pogoda jest dla nas najgorsza w Retezacie; pewnie byśmy ją jakoś przemogli  i trochę tu jeszcze pochodzili. Ale już nie pochodzimy – Dorotce rozwaliły się (oba naraz!) buty. Stare i schodzone zostały w domu a do Rumunii zabrała inne, porządnie wyglądające, prawie wcale nie używane. No to właśnie zostały użyte do cna, dlatego nazajutrz zeszliśmy z Retezatu.

Oczywiście nie od razu! Czekały nas jeszcze pewne trudności i liczne zachwyty – te przeważyły, dlatego z tym większym żalem Retezat opuszczamy. Najpierw karkołomna jak zwykle ścieżka, sprowadziła nas w dolinę potoku Bucura, porosłą wspaniałymi okazami limb, otoczoną masywem Peleagi i Slăveiu (2342 m.). Dorotka szczególnie cierpiała, bo jej buty nadawały się już tylko do wyrzucenia; przypominała teraz szerpańską kobietę, która z braku obuwia przewiązuje nogi sznurem, a za podeszwę służy kawałek opony wycięty w kształt stopy…

Po dłuższym czasie dotarliśmy do Gura Bucurei – miejsca u zbiegu dwóch dolin, położonego w absolutnie odludnym i odległym miejscu. Gdybyśmy stąd wybrali się doliną rzeki Lăpușnicu Mare i Râul Mare, w dół do najbliższej miejscowości (Brazi) doszlibyśmy po ponad 45 kilometrach…

Zamiast tego przez Șaua Plaiu Mic (1879 m.) przekroczyliśmy grzbiet, łączący Mały i Wielki Retezat. To co nas zastało w tym miejscu o bardzo ładnej nazwie, było kwintesencją wszelkiego piękna, jakie w górach można zastać. Z niewielkiej, cudownie pochyłej połoninki otoczonej kosodrzewiną otworzył się widok na góry wszelkiego rodzaju: skaliste, lesiste, polodowcowe, obłe, smukłe, łagodne, ostre, ogromne albo postrzępione, misternie odcinające horyzont. Na połonince pasło się stado koni, mających za wodopój dwa bezodpływowe, głośno kumkające żabami Tăurile Păpușii. Wszystko to na wysokości około 1900 metrów.

Pionowe zejście zwiodło nas potem do przemiłego schroniska Cabana Buta, gdzie pojedliśmy ciorbę i napawaliśmy koniecznymi płynami. W międzyczasie zjawił się tu 22 – letni Andrei, mieszkaniec Cluj – Napoca, pracujący na co dzień w obserwatorium meteo na szczycie Vlădeașa (najw. szczyt Munții Apușeni). Odbyliśmy z nim następnie około 2 godzinne przejście doliną rzeki Buta, z cabany niemal do Cămpu lui Neag. Gdyby nie to, że przez cały czas gadaliśmy (i ja też) po angielsku na tematy od politycznych po legendy staroczeskie (!), przejście monotonną leśną drogą byłoby dla nas męczeńskie.

Było dość późne sobotnie popołudnie, gdy Dorotka i ja zeszliśmy z Retezatu na skraj miejscowości Cămpu lui Neag. Wydostać się z tego odległego miejsca czymkolwiek i dokądkolwiek o tej porze to pomysł niezbyt skazany na sukces. Celem na teraz było Petroșani – miasto, węzeł komunikacyjny, odległe od nas o ponad 40 kilometrów. Stamtąd mieliśmy się wydostawać dalej, gdzie chcieliśmy.

Lecz zamiast dotrzeć gdzie było planowane, czekało nas tu nieplanowane bardzo miłe zaskoczenie. Nie złapaliśmy stopa do Petroșani, bo kto jechałby stąd aż tam o tej porze?… Ale potem na nasze machnięcie zatrzymały się dwie panie. Starsza około 60 – ki, młodsza około 30 – ki. Nie podwiozły nas nigdzie…

– dokąd wy właściwie jedziecie?

Po kolei wymieniłem o co nam chodzi i dokąd to chcemy się z Dorotką dostać.

– nieee, uśmiechnęła się starsza z nich – Angela, Cozmina jej zawtórowała: my jutro jedziemy do Alba Iulia to was tam zawieziemy, a teraz chodźcie na noc do nas, do domu!

I tak tę noc, zamiast nie wiadomo gdzie, spędziliśmy pod gościnnym dachem obu pań. Starsza z nich prowadzi firmę handlującą drewnem, młodsza jest w tej firmie managerką.

-słuchajcie!, mówią do nas. My musimy jeszcze coś załatwić i niedługo (niedługo? za jakieś 2 godziny…) wracamy! Zrobimy zakupy… Coś potrzebujecie? Tak? Dobrze! A tu w lodówce macie jedzenie… Itp, itd. Kuchnia? Proszę! Łazienka obok. Avram chyba zaraz ją naprawi…

Zanim Angela i Cozmina wróciły, towarzystwa dotrzymywał nam Avram – sąsiad z niedaleka, który za nieobecności obu pań coś tam majstrował przy elektryce a potem ucięliśmy sobie pogadankę polsko – rumuńską, do późnego wieczora również w towarzystwie obu pań.

Nazajutrz sytuacja trochę się skomplikowała. Angela i Cozmina miały jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia i o umówionej porze do Alba Iulia jechać nie mogły, lecz koniec końców pomogły nam bardzo.

Około dwunastej zatrzymały koło domu busa. Angela (do kierowcy) – masz tu za nich pieniądze na bilet i pomóż im się dostać do Petroșani! Do nas – weźcie to na drogę, i jeszcze to… Angela, nie, no co Ty?!… Weźcie! 😉 Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w busa.

Z przesiadką w Uricani dojechaliśmy do Petroșani. Droga wiodła dość ponurą, do niedawna górniczą okolicą węglowego zagłębia Petroșani, mającą jednak przepiękne położenie w dolinie Ju de Vest, nad którą o ponad 1000 metrów wznoszą się  Munții Tulișa i Munții Vâlcan. W Petroșani nie mieliśmy zbyt wiele czasu do namysłu, bo przypadkiem odkryłem, że zaraz jedzie stąd bus do Simerii. Wprawdzie był pełen ludzi, ale i my się zmieściliśmy. Kierowcy rumuńskich busów powinni w tych swoich środkach lokomocji rozważyć założenie okien dachowych dla pasażerów na stojaka. Byłoby przyjemniej spędzić telepaninę, gdyby zamiast dachu wozu widać było piękne i wielkie górska, jakie właśnie mijaliśmy jadąc do Simerii doliną rzeki Strei.

No nic, przynajmniej w pociągu z Simerii było cokolwiek widać, a i sporo czasu minęło zanim z niego wysiedliśmy, kończąc w miasteczku Teiuș przejażdżkę komunikacją zorganizowaną.

Było przed wieczorem i akurat po przejściu potężnej burzy, gdy z Teiuș wyszliśmy na okazję – może ktoś nas podwiezie?…

I znowu, z nawiązką, przekonaliśmy się o życzliwości ludzi. Najpierw do Geoagiu de Sus wziął nas tato z dzieckiem, potem, aż do Cabana Rămeț zostaliśmy podwiezieni przez dwójkę przemiłych ludzi, którzy w tą stronę nie mieli po drodze…

Tak czy owak – witamy w Munții Trascău!