Archiwum kategorii: PIESZO W GÓRY

wycieczki piesze w towarzystwie rodzinnym, każdym innym lub siebie samego

TATRZAŃSKIE SZCZĘŚCIE. TATRY NA JESIENNĄ NIEPOGODĘ

To co nas tam spotkało między 15 a 22 września 2020, Dorotka słusznie nazwała wygraną losu na pogodowej loterii.

Vysoké a Západne (Liptovské) Tatry podarowały nam słońce, niemal absolutne bezwietrze i brak jakichkolwiek obaw o załamanie pogody, nawet w dniu gdy miało ono nastąpić. Wbrew prognozom opadów śniegu, burzy i mgły, tylko przez chwilę gdy zawędrowaliśmy w dolinę Pięciu Stawów Spiskich spadł kapuśniaczek (jak na tatrzańskie warunki) i nadciągnęła chmura. Dzięki niej zobaczyliśmy tyle, aby nie dostać kolejnego pozytywnego szoku estetycznego.

Pamiętam – miał być subiektywny wybór miejsc i życiorysów Czeskich.

Póki co odskoczę na Slovensko, na co mam drobne historyczne wytłumaczenie – Slovensko a Čechy do 31.12.1992 tworzyły przecież jedno państwo a Tatry były jego najwyższym pasmem górskim.

Na początek zatem – kilka panoram z gór, na które wraz z dzielną Żoną udało nam się wejść. Słowa (moje) nie wystarczą, niech przemówi, choć w namiastce obraz

A jeżeli będzie trzeba – galeria znacznie może się rozwinąć 😉

TATRY WYSOKIE Z Jahňaciho štítu [2229 m.]
KOLOVÝ, L’ADOVÝ, LOMNICKÝ, GANOK, GERLACHOVSKÝ ŠTÍT ZO SEDLA VÁHA [2337 m .]
DOROTKA ROZPENDOWSKA WĘDRUJE NA BARANEC [2184 m.]
VYSOKÉ TATRY OD KRIVANIA [2494 m.]
ZÁPADNE TATRY OD DĚRAVÉHO SEDLA [1815 m.]
TATRY OD BANÍKOVA [2178 m.]

TATRZAŃSKIE SZCZĘŚCIE PO HORYZONT

O tym zapomnieć nie mogę ani nie pozwolę.

19 września 2020, około 10.30 w piękną pogodę Dorotka i ja weszliśmy na Rysy, skąd udało mi się chwycić na zdjęciu Hrúbý Jeseník. Z Rysów około 230 km.

Fachowo opisane zdjęcia oraz komentarze tutaj

Z RYSÓW PO HRUBÝ JESENÍK. JAK STWIERDZONO NA STRONIE https://dalekieobserwacje.eu/ JEST TO PIERWSZY W HISTORII UDOKUMENTOWANY WIDOK Z RYSÓW W TĘ STRONĘ.

WIOSNA ŚRÓDSUDECKA W RÓŻNYCH ODSŁONACH

Na tutejszych łamach wiośnie poświęciłem nieco uwagi wcześniej ale myślę, że tematu nigdy dość, ponieważ nigdy dość przyrody budzącej się do życia. Zatem po raz kolejny – fotoodsłony tej pory roku w Sudetach Środkowych ale też na Pogórzu Kaczawskim

ROWEREM W DOLINĘ LESKU
GÓRY KAMIENNE I DALEKIE KARKONOSZE Z SUCHAWY
GRZBIET JATEK NAD MIEROSZOWEM
GRZBIET JATEK NAD MIEROSZOWEM
SKAŁKI NA GRZBIECIE WŁOSTOWEJ
BUKI POD TURZYNĄ
RUINY ZAMKU WODNEGO W CZARNYM BORZE
OKOLICE GRZĘD I CZARNEGO BORU Z RUIN ZAMKU KONRADÓW
KAMIENNY STÓŁ SĘDZIOWSKI W KOCHANOWIE
KARKONOSZE Z KOTLINY KRZESZOWSKIEJ
POCYSTERSKI ZESPÓŁ KOŚCIELNO KLASZTORNY W KRZESZOWIE
GÓRY WAŁBRZYSKIE Z CZARNEGO LASU
POGÓRZE BOLKOWSKO WAŁBRZYSKIE W OKOLICACH MODLISZOWA
POGÓRZE BOLKOWSKO WAŁBRZYSKIE W OKOLICACH LUBIECHOWA
GÓRY KAMIENNE I WAŁBRZYSKIE Z KOSTRZYNY
TRZY STRUGI
GÓRY SOWIE ZNAD JEDLINY ZDROJU
BOROWA Z OKOLIC ZAMKU KSIĄŻ
BUCZYNA NA NIEDŹWIADKACH, NIEMAL W SAMYM CENTRUM WAŁBRZYCHA
ŚWIERZAWA – KOŚCIÓŁ ŚW. JANA I ŚW. KATARZYNY
DRZEWO ŻYCIA W PORTALU KOŚCIOŁA ŚW. JANA I ŚW. KATARZYNY
KANAŁ MŁYŃSKI W SĘDZISZOWEJ U STÓP WIELISŁAWKI
ORGANY WIELISŁAWSKIE
POGÓRZE KACZAWSKIE I NIZINA ŚLĄSKO – ŁUŻYCKA Z ZAWADNEJ
ORGANY WIELISŁAWSKIE
POGÓRZE KACZAWSKIE Z ZAWADNEJ
GÓRY KACZAWSKIE I KARKONOSZE Z OKOLIC GOZDNA

OKOŁO PRZESILENIA ZIMOWEGO

Moja nieobecność tutaj sięgła już niemal połowy roku. Dzieją się sprawy rozmaite i jeszcze krótki czas temu, jak to się mówi u naszych południowych sąsiadów – nepředstavitelné. Może kiedy indziej o nich; wiele rzeczy musi się převekslovat aby była osiągnięta ich właściwa kolej. Teraz korzystam z mnie podarowanego (a właściwie zasłużonego) czasu, który zbiegł się z Oczekiwaniem. Starając się nieudolnie temu poświęcić, wracam czas od czasu do obserwacji tego, co dzieje się między Przyrodą a człowiekiem

Jeszcze kilka dni i mieszkańcy Ziemi na północ od Zwrotnika Raka będą się cieszyć dniem coraz dłuższym – o minuty. Z końcem marca dzień przemoże noc, która aż dotąd będzie odeń dłuższa.

A więc zima, która póki co, czyli bardzo późną jesienią, żadnych wyraźnych zwiastunów nie ma. Pora roku jest nieokreślona, ale jak ktoś potrzebuje określenia, może obecny czas nazwać przedzimiem. W Przyrodzie przeważają szarości wpadające w mrok. Jest jednak niemożliwe, aby w naszych okolicznościach cywilizacji zaznać w nocy mrok absolutny. Noc mająca służyć zapadnięciu w ciemności, choćby była najdłuższa (jak teraz), zawsze jest czymś niepotrzebnie sztucznie rozjaśniona, o czym najlepiej wiedzą (o ile im nie jest wszystko jedno) mieszkańcy miast, okolic zakładów przemysłowych, kolorowych centrów uciechy i zakupu, itd. Dziś, żeby taki jak największy mrok przeżyć, trzeba się wybrać w naprawdę głębokie odludzie, albo do wyznaczonych rezerwatów chroniących noc – parków ciemnego nieba. No oczywiście, albo zaciągnąć na oknach gęste zasłony.

MAPA REPUBLIKY

Wiosna już (nie)dawno za nami, o zimie nie wspomnę, bo już parę słów o tym napisałem. Dwa i pół miesiąca temu rozpisywałem się o karkonoskiej wiośnie której nie było, a w niektórych miejscach nadal nie ma. Jak to możliwe? Wystarczy spojrzeć na „Mapu republiky”. W ten sposób nasi południowi sąsiedzi nazywają płat śniegu w kształcie byłej Czechosłowacji, zalegający, dłużej lub krócej, na południowych stokach Studniční hory. Jak długo „Mapa republiky” trwa, zależy od śnieżności i długości trwania zimy oraz jak wolno lub szybko dociera w najwyższe partie Karkonoszy wiosna. Sezon 2018/19 był zimowo wyjątkowy w porównaniu z poprzednimi. Efekt jest taki, że mimo początku lipca „Mapa republiky” nadal jest elementem pejzażu Karkonoszy. Jeszcze co najmniej przez kilka dni będzie istniała, dopóki lipcowa temperatura nie zmieni jej stanu skupienia. Kto więc ma ochotę przyjrzeć „Mapie republiky” niechże się spieszy. Zima w Karkonoszach naprawdę się kończy 😉

„Mapa republiky” to ledwo widoczny biały punkt na stokach Studniční hory. Foto z dnia 7 lipca 2019, za:
https://kamery.humlnet.cz/show_webcam.php?url=/images/webcams/pecpodsnezkou/2048×1536.jpg

KARKONOSKA WIOSNA

…Wygląda nieco inaczej niż w innych częściach Sudetów choćby dlatego, że tu, w Karkonoszach… jeszcze nie wszędzie wygląda. Do wielu miejsc tu jeszcze nie zawitała. Oczywiście w większości Sudetów wspomnienie zimy, nie licząc tego skromnego , raczej się nie zachowało. Trudno się dziwić – wszyscy czekają na słońce, ciepło i kolejne cuda jakie towarzyszą wiosennym rozkwitom. Póki co wiosna swe cuda bardzo oszczędnie miarkuje; nie jest jakaś szczególnie ciepła, deszczem też nie darzy, ale za to jest (jak dotąd) słoneczna.

Korzystając z tych okoliczności, w Poniedziałek Wielkanocny Dorotka i ja wybraliśmy się w Karkonosze wschodnie, konkretnie Rýchory. Jest to przedłużenie Grzbietu Lasockiego, przy tym jedna z kilku (jak to się nazywa w fizjografii czeskiej) Krkonošských rozsoch (grzbietu prostopadłego do głównego grzbietu Karkonoszy).

Rýchory to pogodowa osobliwość. Tu ładnie jest nawet wtedy, gdy jest paskudnie. Właśnie w taki czas szczególnie wskazana jest wędrówka na najwyższe wzniesienie Rýchor – Dvorský les . W deszczu i we mgle ów Dvorský les, porośnięty gęstwiną powykręcanych buków, pozbawiony dalekich widoków, staje się tajemny i najbardziej ekscytujący.

Gdy pogoda jest słoneczna (jak teraz), z Rýchorských grzbietowych łąk pięknie widać Sudety Środkowe i najwyższe partie Karkonoszy, od tej strony dyskretnie schowane za kulisami Dlouhého hřebene, Černé i Růžové hory. Tam właśnie, wysoko nad nami i nieco z tyłu, zima trwa w najlepsze. Wprawdzie Śnieżka nosi już ślady wiosennej opalenizny, ale sąsiedni olbrzym – Studniční hora i jej okolice są niemal zupełnie białe. Według wszelkich zwiastunów będzie tak do końca pierwszej dekady maja, co (patrząc jak szybko kończyły się poprzednie zimy) wydaje się ewenementem. Piękny wynik: zima 2018/19 w Karkonoszach trwać będzie solidnych 7 miesięcy!

Naszej dzisiejszej wędrówce oprócz słońca towarzyszy solidny wiatr, niosący północne chłody. Zacisze odnajdujemy w Horních Albeřicích – miejscowości od średniowiecza do wieku 19. znanej z wydobycia wapienia, w nimże rozwinęły się jaskinie, odkryte i przebadane w latach 70 wieku poprzedniego. Nazwy „wapienne” noszą też przybytki turystyki; w jednym z nich (właściwie jedynym dziś otwartym) spędziliśmy dłuższą chwilę przed odwiedzinami Lysečinské skalní jehly (patrz foto). Po nich z powrotem wspięliśmy się na grzbiet, mając ochotę chwilę posiedzieć w Rýchorské boudě. Niestety, z powodów zdrowotnych (jak napisała pani boudářka) chata i gospoda są czynne tylko w piątek, sobotę i niedzielę w godz. 10 – 16.00. Gdyby ktoś potrzebował takiej informacji to ją niniejszym podaję – również niestety.

Kilka godzin później powróciliśmy do Niedamirowa – miejscowości, owszem, położonej u stóp Karkonoszy, ale w miejscu odległym: niedaleko „rogu granic” (wł. Rohu hranic), dzięki temu – miejscowości nie tłumnej ale i nie odludnej. Tutejsi są, a w dzień taki jak dziś szczególnie zaznaczają swoje istnienie, zwłaszcza jeśli są facetami lat ok. 35 umiejącymi gęsto rzucać bluzgami – na szczęście na siebie nawzajem, gdy właśnie jeden na drugiego wylał całą michę wody. Zwyczaje wielkanocne tu się kultywuje co widać. Po czeskiej stronie tego dziś nie widzieliśmy, pewnie dlatego że w ogóle mało ludzi tam spotkaliśmy a już na pewno miejscowych. Tym bardziej nie spotkaliśmy chłopaków w różnym wieku, którzy by pomlázkami zaczepiali dziewczyny, wołając przy tym:

hody, hody, doprovody

dejte vejce malovaný

nedate-li malovaný, dejte aspoň bílý

slepička vám snese jiný!

Pięknej wiosny i cudów wszystkim życzę!

pamiątki po zanikłych miejscowościach
wysoko w górach zima trwa
Lysečinská skální jehla
z Rýchor ku Studniční hoře i Śnieżce
Góry Wałbrzyskie z Karkonoszy wschodnich
stary drogowskaz u Rýchorské boudy
pamiątki po górnictwie węgla między Karkonoszami a śródsudeciem
Św. Jan Nepomucki u stóp Ukrzyżowania. Interesująca grupa figuralna w okolicy Niedamirowa

STULECIE NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI. KRKONOŠSKÉ PŘÍHUTĚ, VÝHLEDY A ÚŽASY.

http://

Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu, aby można było zaznać to, co Dorotka, Michał i ja przeżyliśmy od rana do wieczora 11.11.2018.

Zachodnia część czeskich Karkonoszy była dziś dla nas bardzo łaskawa. Brak wiatru, słońce i sytuacja inwersyjna towarzyszyły nam niemal przez całą wędrówkę, której uwieńczeniem… Nie, tam nie było jednego takiego. Każda sytuacja i miejsce były dziś uwieńczeniem i przysłowiową třešníčkou na dortu. Ów tort ze słoneczną polewą i rozwarstwiony puszystą bitą śmietanką to dziś masyw Karkonoszy, rozkrojony kilkoma znacznymi dolinami (Labský důl, Kotelní jamy).

Dla równowagi dzień smakował nie tylko słodko – pod sam koniec doczekaliśmy się svatomartinské husy oraz zanurzenia się w ten dzisiejszy złotawy puchar. Przez bitą śmietankę zaczęliśmy, przez białą piankę zakończyliśmy.

ŚRÓDSUDECKIE FIZJO – TOPO – ŁAMIGŁÓWKI W ZADUSZKI WŁODZICKO – TRÓJPAŃSKIE

W tę tajemną okolicę i onego dnia wybraliśmy się we trzech – Rysiek, Michał i ja. Dawno już tej wielkiej turystycznej trójcy w Sudetach nie widziano, a w tej okolicy – nigdy.

Tym bardziej warto to wydarzenie odnotować na różnych łamach, bo kto wie, kiedy następna taka okazja się nadarzy, choć owszem, Rysiu takie okazje widzi na wiele wprzód oczyma wyobraźni.

Zaczęliśmy spacerem – z Głuszycy Górnej przez podrutowane elektrycznymi pastuchami łąki na Światowid [644 m.].

Nad wzgórzem tym łamią sobie (choć nie za często) głowy najtężsi sudeccy fizjografowie – czy jest ono w Górach Kamiennych, Górach Sowich, a może ni tu ni ówdzie?

Do Gór Kamiennych Światowid nie pasuje rzeźbą, choć orograficznie (względem doliny Bystrzycy) jest po ich stronie. Ale geologicznie jest im obcy; Góry Kamienne wulkaniczne, Światowid osadowy. Metamorficznym Górom Sowim Światowid też geologicznie nie  odpowiada. Osadowy, przez to mniej odporny na czynniki niszczące i oczywiście niższy niż przeciętnie grzbiet Gór Sowich. Zatem i kryterium rzeźby wyklucza zaliczenie Światowida do Gór Sowich.

Jedno opracowanie zalicza Światowida do Gór Kamiennych, inne do  Gór Sowich, jeszcze inne do Obniżenia Noworudzkiego, choć i tego opracowania nie można być pewnym;  mapa – szkic, na którym przedstawiono granice tego mezoregionu jest w zbyt małej skali, przez to nieprecyzyjna.

Mimo wszystko trzeba uznać, że Światowid z powodu rzeźby i geologii należy właśnie do Obniżenia Noworudzkiego, ale rozciągniętego znacznie na południowy wschód i w stronę Głuszycy – na północny zachód.

Inna sprawa, co to za „Obniżenie”, jeżeli jego osią biegnie łańcuch wzgórz, zaczynających się właśnie Światowidem a ciągnących przez Wzgórza Włodzickie, Górę Świętej Anny, Górę Wszystkich Świętych po okolice Bożkowa i Ścinawki Dolnej.

Owszem, w północnej części nazwa „obniżenie” pasuje, bo Światowid i jego okolice są „obniżone” względem otoczenia – Gór Kamiennych i Sowich. Ale w części południowej (okolice Nowej Rudy) „obniżenie” jest przeciętnie wyższe niż sąsiednie skłony Gór Kamiennych, Wzgórza Ścinawskie czy Garb Golińca.

I znowu – dlaczego „Obniżenie” Nowej Rudy zostało sztucznie zmniejszone o: Garb Golińca, zaliczony w różnych opracowaniach albo do Gór Bardzkich, albo do Kotliny Kłodzkiej; Wzgórza Wyrębińskie, zaliczone do Gór Sowich?

Garb Golińca pod względem rzeźby do Gór Bardzkich nie pasuje – wystarczy porządnie przyjrzeć się mapie. Geologicznie też Górom Bardzkim „nie patrzy” tym bardziej, że jest od nich oddzielony osadową kotlinką w której leży Wojbórz.

Podobna rzecz jest ze Wzgórzami Wyrębińskimi. Geologicznie osadowe, Góry Sowie – wiadomo (mam nadzieję). O rzeźbie nie wspomnę.

Także: nie Obniżenie Noworudzkie, lecz – i tu proponuję konkurs nazw:

Wzgórza/Pasmo/Góry (?) Głuszycko – Noworudzkie. Przy okazji Głuszyca – jedno a najmłodszych miast w Sudetach doczekałaby się wreszcie „swojego” mezoregionu.

Międzygórze/Sródgórze Sowio – Kamienne lub  Głuszycko – Noworudzkie. Raczej nie „Sowiogórsko – Kamiennogórskie”.

Jak kogoś razi „Sowio – Kamienne”, to może „Sowio – Jaworowe„, albo „Sowio – Jaworze„, od Javořích hor – czeskiej strony Gór Suchych.

Wzgórza Włodzickie, z nazwą rozciągniętą na obszar od Głuszycy po okolice Wojborza. Ale tu mieszkańcy Wojborza mogą się obrazić, bo u nich żadna Włodzica nie płynie.

Dopóki mnie fantazja nie poniosła, tu skończę.

Nasz przemarsz oczywiście trwał nadal. Względem tego co napisałem wyżej – nie wiemy gdzie dokładnie byliśmy, ale to tylko podniosło przyjemną atmosferę odkrywania nieznanego – nowego śródsudeckiego mezoregionu. Jeżeli on rzeczywiście istnieje – w granicach jakie podałem, to tym większa nasza satysfakcja, bo zdobyliśmy najwyższy szczyt tego mezoregionu – Włodzicką Górę [755/757 m.].

Potem przeszliśmy na pogranicze. Względem dzisiejszego osobostanu, nie mogło zabraknąć odwiedzin Trójpańskiego Kamienia.

Jego rodowód jest o wiele starszy niż my sami razem wzięci, bo przecież to XVIII wieczny styk granic posiadłości von Hochbergów z Książa, von Stillfriedów z Nowej Rudy i Benedyktynów z Broumova.

Wędrówkę skończyliśmy na stacji Głuszyca Górna, skąd odjechaliśmy osobowym pociągiem opóźnionym z Kłodzka do Wałbrzycha. Po prawdzie – do Głuszycy… Głuszycy – Głuszycy! Stamtąd, z powodu remontu torów przesiedliśmy się na autobus KKA i nim dotarliśmy do naszego miasta.

PS. Właściwie to… jestem pewien istnienia tego mezoregionu w granicach dotąd niesłychanych. Trochę to może wywróci podział fizjograficzny Sudetów, ale co tam… Wątpiących zapraszam do rozmów na ten temat.

Pracuję jeszcze nad tym, co zrobić ze Wzgórzami Ścinawskimi – one też mi nie pasują, ani do Gór Stołowych ani do Kotliny Kłodzkiej, ale o tym już kiedy indziej.

Osobiście i oczywiście – zapraszam w Sudety Środkowe!

 

RUMUNIA – MUNȚII TRASCĂU

Munții Trascău to wapienno dolomitowy masyw bardzo bogaty w wodę, odpływającą stąd licznymi i wartkimi rzekami.

Szalejące wody rzek i potoków robią z tutejszymi skałami co chcą. Te zaś gdzie zdołają, stawiają opór, a efektem przyrodniczych zmagań jest imponujący krajobraz Munții Trascău, wszędzie nazwany z użyciem wyrazów takich jak: fața, piatră, sub piatră, valea, dealu, cheile, peștera.

Woda jest tu niemal wszędzie. Wypływa z licznych wywierzysk tworząc od razu zasobne potoki, energicznie rozcinające skały znajdujące się na ich drodze. Tak powstają stromościenne cheile – skalne bramy lub gardziele, bardzo utrudniające dotarcie w głąb gór. Na dnie tej formacji ledwo mieści się wycięta w skale rękoma ludzkimi i zabezpieczona żelastwem ścieżka. Przeważnie nawet tego nie ma, dlatego przez cheile wędruje się korytem rwącego potoku.

Dorotka po utracie butów, wszędzie tu wędrowała w sandałach, ale jak zwykle ona – zniosła to dzielnie. Jak to zrobiła, nie wiem… Determinacja!

Wiele w Trascău jest miejsc, gdzie woda szaleje pod ziemią drążąc korytarze wielkich jaskiń. Jedną z nich jest Peștera Huda lui Papară z której wypływa Văii Morilor, powstała z połączenia trzech innych rzek zapadających się pod ziemię po przeciwnej stronie góry, tam tworzących tzw. dolinę ślepą, z której na pozór nic nie może wypłynąć, a jednak. Prawdziwy przyrodniczy majstersztyk!

Podejścia i zejścia są tu przeważnie 500 metrowe lub wyższe. Wyprowadzają z dolin wprost na skaliste wierzchołki gór, między którymi bezkreśnie falują połoninne grzbiety. Odległości przez to są znaczne, teren jest odludny.

Miejscowości w Trascău jest mało. Przeważnie tworzy je kilka domów, zaczepionych na stromych stokach, przycupniętych na wzgórzach, albo wciśniętych w wąskie doliny rzek. Miejscowość Cheia składa się z czterech budynków: cerkwi, stodoły, budynku gospodarczego i mieszkalnego. Mieszka tu para: ona – zawodowa opiekunka czy rehabilitantka, on – artysta malarz, ich dwoje dzieci, oraz inwentarz. Ich życie to codzienna praca przy gospodarstwie z którego się utrzymują. Przyjechali tu ze stolicy, gdzie jest nieznośnie. Wydaje się, że w otoczeniu przyrody w Cheia znaleźli to, czego chcieli, mimo licznych trudów, oraz wszelkich „braków dostępu”, a może właśnie dzięki tym brakom. Dzieci dzielnie pomagają swoim rodzicom koło domu, do szkoły mają 10 kilometrów. Połowę z tego pokonują pieszo. Rano w tę i po południu z powrotem…

W Munții Trascău wydobywano kiedyś rozmaite kruszce, rudy metali, surowce skalne, a na peryferiach, np. w okolicach miasta Turda – sól kamienną. Tutejsze kopalnie soli (Salina Turda) istniały nieprzerwanie od czasów rzymskich do lat 30 XX wieku.

Rodowód związany z górnictwem żelaza i srebra posiada Rimetea – perełka architektury, dawne miasteczko z czytelnym do dziś układem i ośrodek kultury węgierskiej.

We wschodniej Transylwanii zamieszkiwali niegdyś Seklerzy (Székelyi, być może od „szegély” czyli strażnik granic) – lud węgierskojęzyczny lub posługujący się dialektem węgierskiego, dziś określający się po prostu Węgrami. Mieszkają też w zachodniej Transylwanii, m.in. w Rimetei, która oprócz tego że jest piękna sama w sobie, jest (razem z sąsiednią miejscowością Colțesti) wspaniale położona w śródgórskiej Depresiunea Trăscaului.

Rimetea leży u stóp Colți Trascăului i Piatra Secuiului (Skały Szeklerskiej), tworzących nad miasteczkiem ponad 550 metrowej wysokości dolomitowy bastion. Góra jest tak blisko, że w odpowiedniej porze roku mieszkańcy pozostają w cieniu Piatra Secuiului, bo tarcza słoneczna nisko zakreślając nieboskłon, nie wychyla się ponad górę. W lecie słońce wschodzi dwa razy: najpierw nad horyzontem, potem chowa się za Colți Trascăului by za dłuższą chwilę wzejść jeszcze raz, po przeciwnej stronie góry.

Przede wszystkim jednak – Piatra Secuiului, choć nie najwyższa w okolicy, sprawia potężne wrażenie. Jest też chyba świętą górą dla Węgrów, których wrzaskliwe rzesze ciągną na szczyt stromym szlakiem w tę i z powrotem do miasteczka, gdzie oddają się posiedzeniu w knajpach przy stole winnym.

Dorotka i ja owszem, poszliśmy w tę, ale z powrotem inną drogą. Choć wszystko na to wskazywało, nie padliśmy z braku wody a dzięki temu że poszliśmy inaczej, odwiedziliśmy jeszcze jeden tutejszy twór przyrody nieożywionej – Grota Studentilor. Powszechnie uważa się, że Pravčická Brána jest największym skalnym mostem w Europie. To na jakim kontynencie jesteśmy teraz?…

Wejście na cudownie widokową Piatra Secuiului i czas spędzony w Rimetei były ostatnim epizodem odwiedzin Munții Trascău, skąd przez Turdę odjechaliśmy do Cluj – Napoca, spędzając tam ostatnie dwa dni naszego wyjazdu.

O Cluj może będzie jeszcze czas szerzej się wypowiedzieć. Miasto oczywiście posiada wiele zabytków, tętni życiem i jest bardzo ciekawe, ale to nie jest Sibiu, które odwiedziliśmy rok temu po zejściu z Gór Fogaraskich.

Z Cluj – Napoca po dwudziestogodzinnej podróży kolejowej via Budapest, Brno, Chocen, Náchod dotarliśmy do Meziměstí. Stąd do domu zabrała nas ostatnia, choć zamówiona, ale jednak – ocazia.

Do następnej okazji w Rumunii!

RUMUNIA – PRZEZ MUNȚII RETEZAT I JESZCZE KAWAŁEK

…Z rozpostartego nad nami ołowiu coś faktycznie kapło, potem przestało, ale na to że będzie bardzo dobrze – słonecznie, liczyć nie mogliśmy.

Jeszcze dłuższą chwilę spędziliśmy w Devie, robiąc drobny zakup i wzrokowo witając się z miejskim krajobrazem Rumunii, pamiętającym oczywiście czasy dyktatury. O architekturze mieszkalnej z tamtego okresu można mówić wszystko co najgorsze, ale tu w Rumunii trudno to powiedzieć. Nie wiem jak tutejszym się w tych domach mieszka, w środku nie byłem. Pewnie mieszkańcy mają długi zestaw spraw z jakimi walczą. Z zewnątrz – to nie jest zwykły betonowy, prefabrykowany banał, choć oczywiście całkiem nie zgrywający się z otoczeniem. Tutejsze zdominowane jest przez niewysokie, ale bardzo strome wzgórze na którym wznoszą się potężne mury Cetatea Devei.

Deva została założona w połowie 13. wieku przez węgierskiego króla Belę IV. Wkrótce potem miasto zostało zdewastowane przez Kumanów / Połowców, uciekających przed najazdem mongolskim. Aby uniknąć podobnych niszczycielskich wpadów, Stefan V, syn Beli nakazał je odbudować i ufortyfikować, wtedy najpewniej powstała twierdza na wzgórzu, o czym też głosi wieść

Nasza rzeczywistość to kolejne odwiedziny – miasta, a szczególnie zamku. Castelul Corvinilor to gotycko – renesansowa twierdza, dawne gniazdo rodowe Hunyadich, z których wywodził się inny król węgierski – Matyás Korvin.

Dostojna budowla postawiona u wrót kraju przetrwała różne burze dziejowe, zwłaszcza to, co działo się tu za czasów dyktatury. Tak jak koło arcy – zabytkowego Krakowa postawiono dla równowagi Nową Hutę, tak w miasteczku Hunedoara, u stóp Castelul Corvinilor rozbudowano do postaci molocha, istniejącą tu od końca 19. wieku hutę żelaza. Tak dla „równowagi” koło perły historii powstała perła komunizmu: Combinatul Siderurgic Hunedoara. Zamek przez dziesięciolecia stał w cieniu kombinatu, motany chmurą zanieczyszczeń i dewastowany.

Od kilku lat odzyskuje swój blask, jaki stopniowo zyskiwał, odkąd w 1 poł 15. wieku Janos Hunyadi przebudował gotycką twierdzę w porządną rodową rezydencję. W wieku 17. zamek został rozbudowany przez kolejnego właściciela – Gabora Bethlena. Świadkami kolejnych rozbudów są zamkowe wieże: Wejściowa Zachodnia, Pusta (albo Liliowa), Jana Kapistrana, Wschodnia Wejściowa, Doboszów (bębniarzy), tzw. Maczuga (Wieża Malowana) i Wieża „Nebojsa”. Nazwa ostatniej pochodzi z czasów Macieja Korwina, gdy zamku strzegła załoga składająca się z żołnierzy serbskich.

O Castelul Corvinilor, co oczywiste, krążą również liczne legendy.

Jedna z nich opowiada o zamkowej studni, wydrążonej przez trzech tureckich jeńców. Janos Hunyadi obiecał im wolność, jeśli tylko w studni wystąpi dobra woda. Przez 15 lat Turkowie wydrążyli 28 m głęboką studnię, dobrą wodę sięgnęli, ale w międzyczasie budowy Janos Hunyadi zmarł. Wdowa po nim – Erzebeth Szilagyi okazała się wiarołomna i nie uwolniła trzech jeńców, którzy na zamku dokończyli swe życie.

Jest też legenda o kruku z pierścieniem

A my zmierzamy dalej! Najedzeni porządnym rumuńskim śniadankiem (dwa rodzaje omletów, grzanki, sałatka, chleb, kawa, capuccino) i napawani walorami historii, ruszyliśmy na okazję.

Pierwszy pan kierowca podwiózł nas do Hațegu, drugi do Ohaba de Sub Piatră. W międzyczasie zaczęło padać. W Ohabie pozytywnie na nas zareagował starszy pan w terenowym samochodzie.

– podwiózłby nas pan do Nucșoary?

– (uśmiech) właściwie to ja jadę tylko do Sălașu, ale… dobra, wsiadajcie!

– 🙂

I tak po południu stanęliśmy u stóp Retezatu. Zanim w góry wyszliśmy, odpoczęliśmy w sklepie – barze, w każdej z tych instytucji załatwiając właściwe sprawunki. Szczególnie nas ucieszyły zakupy różnych serów w ilości kilku kilo, które nam starczyły do końca wyjazdu, nie utraciwszy nic ze swych walorów. Te prosto od gospodyni która akurat przechodziła obok, została przeze mnie zagadnięta i chciała zrozumieć co do niej mówię.

Potem nastąpił wielogodzinny marsz doliną bardzo burzliwego (co jest tu zwyczajne) potoku Nucșoara. Szum wody przewalającej się licznymi kaskadami był dopełnieniem majestatu, który przez niski pułap chmur mogliśmy sobie wyobrazić a nie mogliśmy dojrzeć. Wygodna droga doprowadziła nas na Poianę Cârnic, gdzie do pozostania na biwak zachęcał nas tutejszy uśmiechnięty gospodarz pola campingowego. Szkoda że tego samego gospodarza nie ma w Cabanie Pietrele dokąd jednak, czyli jeszcze dość w górę, poszliśmy.

Droga z czasem przeszła w zupełnie rozrytą ścieżynę, było coraz stromiej, wyżej i mroczniej – również z powodu pory dnia. Zwłaszcza jednak z powodu chmur, z których spadł rzęsisty deszcz. Końcówka przejścia dodatkowo wiodła skrótem zakosów drogi, wprost przez bujnie wyrosłe leśne runo, dlatego nasz dzisiejszy cel – Cabanę Pietrele osiągnęliśmy całkiem mokrzy. Budynek schroniska samego w sobie nie jest zbyt duży ale otacza je, że tak powiem, kompleks domków campingowych. Schronisko świeciło pustkami, domki tym bardziej. Mimo to, z powodów idiotycznych, choć chcieliśmy zanocować pod dachem, nie mogliśmy. Co gorsza, tak jak my została potraktowana niemiecka rodzina z dwójką chłopaków, mająca za sobą cały dzień wędrówki. Tutejsi odesłali ich z kwitkiem, tylko ich na drogę poinformowali, że niecałą godzinę stąd jest Cabana Gențiana – może tam was przyjmą. Może! Powiedzieli pseudogospodarze schroniska Cabana Pietrele do grupy turystów, którzy zawędrowali w wysokie góry i nie zarezerwowali sobie (smsem) miejsca w i tak pustym obiekcie!

-To może wam teraz ten sms wyślemy!

-Nie, bo teraz nie dojdzie, poza tym domki są zniszczone przez powódź…

Dorotka i ja po dłuższym czasie spędzonym na poszukiwania i przygotowania w miarę płaskiego miejsca pod namiot, zostaliśmy na pobliskiej polanie na biwak. W nocy, jak i w dzień, lunęło.

Rano okazało się, że z butami Dorotki jest coś nie tak i zaczynają się rozwalać, choć były używane może kilka razy podczas spacerów po Sudetach. Innych zmartwień nie mieliśmy, dlatego z niewielkim balastem doświadczeń a tylko z dość ciężkimi plecakami rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę głównej grani Retezatu. Ścieżyna wiodła nas szczerym lasem świerkowym, porastającym morenę doliny potoku Pietrele; za pół godziny dość karkołomnego przejścia doszliśmy do Cabany Gențiana. Małe schronisko o bardzo sympatycznym wyglądzie i prostym wyposażeniu było bez porównania inne niż Cabana Pietrele. Wyszło to też podczas rozmowy z jej gospodarzem i dwójką rumuńskich turystów, którzy wczoraj wieczór brali udział w nieszczęsnej pogaduszce w Pietrele.

Po rozmowie z tą dwójką ustaliliśmy, że idziemy nad Lacul Bucura, tam oczekiwać jakiegoś okna pogodowego. Mamy nadzieję że ono nastąpi, choć póki co to okno raczej się zamyka niż otwiera… I tak jednak nie było najgorzej, skoro po kilku godzinach wędrówki z Pietrele stanęliśmy na 2206 m., niespecjalnie moknąc ale też nic nie widząc przez mgłę. Mogliśmy jedynie przyjrzeć się toni bardzo pięknego Lacul Pietrele.

2206 m. to wysokość Curmătura Bucurei. Było wietrznie i zimno a uspokoiło się po drugiej stronie grani. nie na długo po prawdzie, bo gdy dotarliśmy na miejsce naszego drugiego biwaku znów zaczęło wiać. Co tam jednak niestabilna pogoda, gdy jesteśmy w tak urokliwym miejscu – nad brzegiem Lacul Bucura, bodaj jednego z większych w Retezacie. Taflę jeziora położoną na ok. 2000 metrów otaczają skaliste żylety a najostrzejszą z nich jest (jak się później okaże) Judele (2398 m.). Najwyższą jest oczywiście Peleaga (2509 m.), ale wśród okolicznych zgrabniutkich skalic kształtem nie imponuje – jest przysadzista i dostojna.

Z brzegu jeziora Bucura mimo niesprzyjających pogód było dokładnie widać na południe, zamknięte wapiennym i mocno zalesionym Retezatul Mic. W ogóle wydaje się że horyzont południowy jest bardziej pogodny, ale pewnie to tylko pozór. Zresztą i tak jest to daleko od nas.

Nasz namiot, obeschły po nocnej pompie, znów parę razy został wychłostany deszczem. Nie on jeden. Nad Bucurą stoi teraz co najmniej kilkanaście namiotów; biwakuje tu wielu Czechów, są i tutejsi, ale głównie okupują Refugiul Salvamont Bucura, stojące nieco wyżej i dalej od jeziora. Ludzi sporo, ale i tak nad wszystkim tu rządzi przyroda.

Przyroda, która nam póki co uniemożliwia jakieś odważniejsze działania. Oprócz deszczu, nad Lacul Bucura, właściwie cały czas bardzo mocno wieje.

Dzisiejsze poranne niebo wyglądało tak jakby zaraz miało zacząć śnieżyć, potem bardzo długo czekaliśmy aż się cokolwiek wyklaruje. Odbyłem też rozmowę z kilkoma Czeszkami, które co do pogody stwierdziły „nikdo nic neví”. W Refugiul Salvamont Bucura dyżurował młody człowiek, jego komunikat był prosty „raining every day”… Small or big? Every…

Parę godzin później determinacja wzięła górę. I my wzięliśmy górę, tzn. Peleagę (2509 m.)!

Znad Bucury wiedzie nań dzika ścieżka wśród rozległego piargu i surowego polodowcowego krajobrazu. Wokół niebywały koloryt szarości, wszędzie pionowo albo przynajmniej bardzo spadziście; nie wiemy dokładnie bo wszystko zasłaniają mgły. Mimo to udało mi się wypatrzyć kilka świstaków, czy raczej – one wypatrzyły nas ale były na tyle ufne, że dały się podejść na jakieś 50 m.

Z Peleagi nie było nam dane zbyt wiele obejrzeć, deszcz dopadł nas podczas zejścia. Jednak to nie pogoda jest dla nas najgorsza w Retezacie; pewnie byśmy ją jakoś przemogli  i trochę tu jeszcze pochodzili. Ale już nie pochodzimy – Dorotce rozwaliły się (oba naraz!) buty. Stare i schodzone zostały w domu a do Rumunii zabrała inne, porządnie wyglądające, prawie wcale nie używane. No to właśnie zostały użyte do cna, dlatego nazajutrz zeszliśmy z Retezatu.

Oczywiście nie od razu! Czekały nas jeszcze pewne trudności i liczne zachwyty – te przeważyły, dlatego z tym większym żalem Retezat opuszczamy. Najpierw karkołomna jak zwykle ścieżka, sprowadziła nas w dolinę potoku Bucura, porosłą wspaniałymi okazami limb, otoczoną masywem Peleagi i Slăveiu (2342 m.). Dorotka szczególnie cierpiała, bo jej buty nadawały się już tylko do wyrzucenia; przypominała teraz szerpańską kobietę, która z braku obuwia przewiązuje nogi sznurem, a za podeszwę służy kawałek opony wycięty w kształt stopy…

Po dłuższym czasie dotarliśmy do Gura Bucurei – miejsca u zbiegu dwóch dolin, położonego w absolutnie odludnym i odległym miejscu. Gdybyśmy stąd wybrali się doliną rzeki Lăpușnicu Mare i Râul Mare, w dół do najbliższej miejscowości (Brazi) doszlibyśmy po ponad 45 kilometrach…

Zamiast tego przez Șaua Plaiu Mic (1879 m.) przekroczyliśmy grzbiet, łączący Mały i Wielki Retezat. To co nas zastało w tym miejscu o bardzo ładnej nazwie, było kwintesencją wszelkiego piękna, jakie w górach można zastać. Z niewielkiej, cudownie pochyłej połoninki otoczonej kosodrzewiną otworzył się widok na góry wszelkiego rodzaju: skaliste, lesiste, polodowcowe, obłe, smukłe, łagodne, ostre, ogromne albo postrzępione, misternie odcinające horyzont. Na połonince pasło się stado koni, mających za wodopój dwa bezodpływowe, głośno kumkające żabami Tăurile Păpușii. Wszystko to na wysokości około 1900 metrów.

Pionowe zejście zwiodło nas potem do przemiłego schroniska Cabana Buta, gdzie pojedliśmy ciorbę i napawaliśmy koniecznymi płynami. W międzyczasie zjawił się tu 22 – letni Andrei, mieszkaniec Cluj – Napoca, pracujący na co dzień w obserwatorium meteo na szczycie Vlădeașa (najw. szczyt Munții Apușeni). Odbyliśmy z nim następnie około 2 godzinne przejście doliną rzeki Buta, z cabany niemal do Cămpu lui Neag. Gdyby nie to, że przez cały czas gadaliśmy (i ja też) po angielsku na tematy od politycznych po legendy staroczeskie (!), przejście monotonną leśną drogą byłoby dla nas męczeńskie.

Było dość późne sobotnie popołudnie, gdy Dorotka i ja zeszliśmy z Retezatu na skraj miejscowości Cămpu lui Neag. Wydostać się z tego odległego miejsca czymkolwiek i dokądkolwiek o tej porze to pomysł niezbyt skazany na sukces. Celem na teraz było Petroșani – miasto, węzeł komunikacyjny, odległe od nas o ponad 40 kilometrów. Stamtąd mieliśmy się wydostawać dalej, gdzie chcieliśmy.

Lecz zamiast dotrzeć gdzie było planowane, czekało nas tu nieplanowane bardzo miłe zaskoczenie. Nie złapaliśmy stopa do Petroșani, bo kto jechałby stąd aż tam o tej porze?… Ale potem na nasze machnięcie zatrzymały się dwie panie. Starsza około 60 – ki, młodsza około 30 – ki. Nie podwiozły nas nigdzie…

– dokąd wy właściwie jedziecie?

Po kolei wymieniłem o co nam chodzi i dokąd to chcemy się z Dorotką dostać.

– nieee, uśmiechnęła się starsza z nich – Angela, Cozmina jej zawtórowała: my jutro jedziemy do Alba Iulia to was tam zawieziemy, a teraz chodźcie na noc do nas, do domu!

I tak tę noc, zamiast nie wiadomo gdzie, spędziliśmy pod gościnnym dachem obu pań. Starsza z nich prowadzi firmę handlującą drewnem, młodsza jest w tej firmie managerką.

-słuchajcie!, mówią do nas. My musimy jeszcze coś załatwić i niedługo (niedługo? za jakieś 2 godziny…) wracamy! Zrobimy zakupy… Coś potrzebujecie? Tak? Dobrze! A tu w lodówce macie jedzenie… Itp, itd. Kuchnia? Proszę! Łazienka obok. Avram chyba zaraz ją naprawi…

Zanim Angela i Cozmina wróciły, towarzystwa dotrzymywał nam Avram – sąsiad z niedaleka, który za nieobecności obu pań coś tam majstrował przy elektryce a potem ucięliśmy sobie pogadankę polsko – rumuńską, do późnego wieczora również w towarzystwie obu pań.

Nazajutrz sytuacja trochę się skomplikowała. Angela i Cozmina miały jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia i o umówionej porze do Alba Iulia jechać nie mogły, lecz koniec końców pomogły nam bardzo.

Około dwunastej zatrzymały koło domu busa. Angela (do kierowcy) – masz tu za nich pieniądze na bilet i pomóż im się dostać do Petroșani! Do nas – weźcie to na drogę, i jeszcze to… Angela, nie, no co Ty?!… Weźcie! 😉 Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w busa.

Z przesiadką w Uricani dojechaliśmy do Petroșani. Droga wiodła dość ponurą, do niedawna górniczą okolicą węglowego zagłębia Petroșani, mającą jednak przepiękne położenie w dolinie Ju de Vest, nad którą o ponad 1000 metrów wznoszą się  Munții Tulișa i Munții Vâlcan. W Petroșani nie mieliśmy zbyt wiele czasu do namysłu, bo przypadkiem odkryłem, że zaraz jedzie stąd bus do Simerii. Wprawdzie był pełen ludzi, ale i my się zmieściliśmy. Kierowcy rumuńskich busów powinni w tych swoich środkach lokomocji rozważyć założenie okien dachowych dla pasażerów na stojaka. Byłoby przyjemniej spędzić telepaninę, gdyby zamiast dachu wozu widać było piękne i wielkie górska, jakie właśnie mijaliśmy jadąc do Simerii doliną rzeki Strei.

No nic, przynajmniej w pociągu z Simerii było cokolwiek widać, a i sporo czasu minęło zanim z niego wysiedliśmy, kończąc w miasteczku Teiuș przejażdżkę komunikacją zorganizowaną.

Było przed wieczorem i akurat po przejściu potężnej burzy, gdy z Teiuș wyszliśmy na okazję – może ktoś nas podwiezie?…

I znowu, z nawiązką, przekonaliśmy się o życzliwości ludzi. Najpierw do Geoagiu de Sus wziął nas tato z dzieckiem, potem, aż do Cabana Rămeț zostaliśmy podwiezieni przez dwójkę przemiłych ludzi, którzy w tą stronę nie mieli po drodze…

Tak czy owak – witamy w Munții Trascău!