Archiwum kategorii: PRZEWODNIK CZECHY

KARKONOSKA WIOSNA

…Wygląda nieco inaczej niż w innych częściach Sudetów choćby dlatego, że tu, w Karkonoszach… jeszcze nie wszędzie wygląda. Do wielu miejsc tu jeszcze nie zawitała. Oczywiście w większości Sudetów wspomnienie zimy, nie licząc tego skromnego , raczej się nie zachowało. Trudno się dziwić – wszyscy czekają na słońce, ciepło i kolejne cuda jakie towarzyszą wiosennym rozkwitom. Póki co wiosna swe cuda bardzo oszczędnie miarkuje; nie jest jakaś szczególnie ciepła, deszczem też nie darzy, ale za to jest (jak dotąd) słoneczna.

Korzystając z tych okoliczności, w Poniedziałek Wielkanocny Dorotka i ja wybraliśmy się w Karkonosze wschodnie, konkretnie Rýchory. Jest to przedłużenie Grzbietu Lasockiego, przy tym jedna z kilku (jak to się nazywa w fizjografii czeskiej) Krkonošských rozsoch (grzbietu prostopadłego do głównego grzbietu Karkonoszy).

Rýchory to pogodowa osobliwość. Tu ładnie jest nawet wtedy, gdy jest paskudnie. Właśnie w taki czas szczególnie wskazana jest wędrówka na najwyższe wzniesienie Rýchor – Dvorský les . W deszczu i we mgle ów Dvorský les, porośnięty gęstwiną powykręcanych buków, pozbawiony dalekich widoków, staje się tajemny i najbardziej ekscytujący.

Gdy pogoda jest słoneczna (jak teraz), z Rýchorských grzbietowych łąk pięknie widać Sudety Środkowe i najwyższe partie Karkonoszy, od tej strony dyskretnie schowane za kulisami Dlouhého hřebene, Černé i Růžové hory. Tam właśnie, wysoko nad nami i nieco z tyłu, zima trwa w najlepsze. Wprawdzie Śnieżka nosi już ślady wiosennej opalenizny, ale sąsiedni olbrzym – Studniční hora i jej okolice są niemal zupełnie białe. Według wszelkich zwiastunów będzie tak do końca pierwszej dekady maja, co (patrząc jak szybko kończyły się poprzednie zimy) wydaje się ewenementem. Piękny wynik: zima 2018/19 w Karkonoszach trwać będzie solidnych 7 miesięcy!

Naszej dzisiejszej wędrówce oprócz słońca towarzyszy solidny wiatr, niosący północne chłody. Zacisze odnajdujemy w Horních Albeřicích – miejscowości od średniowiecza do wieku 19. znanej z wydobycia wapienia, w nimże rozwinęły się jaskinie, odkryte i przebadane w latach 70 wieku poprzedniego. Nazwy „wapienne” noszą też przybytki turystyki; w jednym z nich (właściwie jedynym dziś otwartym) spędziliśmy dłuższą chwilę przed odwiedzinami Lysečinské skalní jehly (patrz foto). Po nich z powrotem wspięliśmy się na grzbiet, mając ochotę chwilę posiedzieć w Rýchorské boudě. Niestety, z powodów zdrowotnych (jak napisała pani boudářka) chata i gospoda są czynne tylko w piątek, sobotę i niedzielę w godz. 10 – 16.00. Gdyby ktoś potrzebował takiej informacji to ją niniejszym podaję – również niestety.

Kilka godzin później powróciliśmy do Niedamirowa – miejscowości, owszem, położonej u stóp Karkonoszy, ale w miejscu odległym: niedaleko „rogu granic” (wł. Rohu hranic), dzięki temu – miejscowości nie tłumnej ale i nie odludnej. Tutejsi są, a w dzień taki jak dziś szczególnie zaznaczają swoje istnienie, zwłaszcza jeśli są facetami lat ok. 35 umiejącymi gęsto rzucać bluzgami – na szczęście na siebie nawzajem, gdy właśnie jeden na drugiego wylał całą michę wody. Zwyczaje wielkanocne tu się kultywuje co widać. Po czeskiej stronie tego dziś nie widzieliśmy, pewnie dlatego że w ogóle mało ludzi tam spotkaliśmy a już na pewno miejscowych. Tym bardziej nie spotkaliśmy chłopaków w różnym wieku, którzy by pomlázkami zaczepiali dziewczyny, wołając przy tym:

hody, hody, doprovody

dejte vejce malovaný

nedate-li malovaný, dejte aspoň bílý

slepička vám snese jiný!

Pięknej wiosny i cudów wszystkim życzę!

pamiątki po zanikłych miejscowościach
wysoko w górach zima trwa
Lysečinská skální jehla
z Rýchor ku Studniční hoře i Śnieżce
Góry Wałbrzyskie z Karkonoszy wschodnich
stary drogowskaz u Rýchorské boudy
pamiątki po górnictwie węgla między Karkonoszami a śródsudeciem
Św. Jan Nepomucki u stóp Ukrzyżowania. Interesująca grupa figuralna w okolicy Niedamirowa

STULECIE NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI. KRKONOŠSKÉ PŘÍHUTĚ, VÝHLEDY A ÚŽASY.

http://

Wystarczy znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu, aby można było zaznać to, co Dorotka, Michał i ja przeżyliśmy od rana do wieczora 11.11.2018.

Zachodnia część czeskich Karkonoszy była dziś dla nas bardzo łaskawa. Brak wiatru, słońce i sytuacja inwersyjna towarzyszyły nam niemal przez całą wędrówkę, której uwieńczeniem… Nie, tam nie było jednego takiego. Każda sytuacja i miejsce były dziś uwieńczeniem i przysłowiową třešníčkou na dortu. Ów tort ze słoneczną polewą i rozwarstwiony puszystą bitą śmietanką to dziś masyw Karkonoszy, rozkrojony kilkoma znacznymi dolinami (Labský důl, Kotelní jamy).

Dla równowagi dzień smakował nie tylko słodko – pod sam koniec doczekaliśmy się svatomartinské husy oraz zanurzenia się w ten dzisiejszy złotawy puchar. Przez bitą śmietankę zaczęliśmy, przez białą piankę zakończyliśmy.

ČESKÝM KRASEM PEŁNYM KRASY

Na początek, dla małego przypomnienia, co się wydarzyło do tej pory:

  1. 2014.10.18-19, PRAHA, od Vyšehradu przez Staré Město i Letnou po Hrad i Petřín. W odwiedzinach Matki Miast udział wzięło 17 osób.
  2. 2015.10.17-18, KUTNÁ HORA, Město Stříbra, Kaňk. Tym razem była nas czternastka.
  3. 2016.11.5-6, OLOMOUC, I znów było nas 14 osób.
  4. 2017.10.21-22, LITOMĚŘICE I PORTA BOHEMICA, przedtem Dutý kámen, potem Radobýl. Na tej bardzo rozmaitej (zresztą – jak inaczej!) wycieczce było nas 21 osób.

Mamy zatem mały jubileusz wizyt u naszych południowych sąsiadów. Mały co do wieku i przyszłej (mam nadzieję) ilości odwiedzin Czech, Moraw i Czeskiego Śląska, dokonywanych przez bardzo słuszną Grupę: przyjaciół, przewodników z Zamku Książ, fanów i fanatyków Republiki Czeskiej.

Po piąte z rzędu, wybraliśmy się do Berouna, aby pobyć w tym miasteczku a zwłaszcza jego okolicy – Českém krasu. Wybór miejsc godnych pozoru jest w tej krainie co najmniej bardzo duży. Niektóre z nich posiadają światową sławę (Karlštejn), te ominęliśmy. Są zakątki mające sławę krajową i lokalną – tu postanowiłem nas zabrać.

Dojechaliśmy w piątek późnym popołudniem koleją z Meziměstí, lub: busem, samolotem (!), airport-expresem i koleją – z Buska Zdroju. Stamtąd właśnie, każdorocznie dołącza do nas Renia, co oczywiście kosztuje ją sporo wschodu i zachodu, a za co należy jej się osobne uznanie. Na praskim hlaváku wyłowiliśmy ją z tłumu podróżnych i w komplecie znaleźliśmy się – najpierw u Berouńskiego niedźwiedzia, który stanowi herb miasta, logo i symbol Berouna.

W sobotnie rano ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Nie posiada ono takich zabytków, jakie można obejrzeć 30 km stąd na północny wschód, ale ma wszystko to co lubimy, nie mówiąc już o jego herbie.

Beroun wyróżnia się średniowiecznymi murami obronnymi – jednymi z najlepiej zachowanych w całym kraju. Powstały na przełomie 13 i 14 wieku z inicjatywy króla Vaclava II. W swoim czasie mury miały wysokość 6 – 9 metrów, grubość ponad 2 metry. System uzupełniony był  trzydziestoma siedmioma basztami. Świadczyło to o wielkim znaczeniu Berouna – miasta położonego na bardzo ważnym szlaku, łączącym Pragę z Bawarią przez Pilzno. Po dzień dzisiejszy nad zachowanymi murami czuwają dwie bramy miejskie – Pražská po stronie północnej i starsza – Plzeňská po stronie południowej; tu jeszcze do 18 wieku było pobierane myto za przejazd przez miasto. Brama niegdyś gotycka, w połowie 18 wieku utraciła swój charakter w wyniku pożaru, została potem przebudowana w stylu barokowym.

Na fasadzie bramy znajduje się fresk przedstawiający Chronosa – boga czasu, poniżej bez trudu można dostrzec herb, który Beroun posiada od pradawna. Najstarszy wizerunek znaku pochodzi jednak z końca 14 wieku; już wówczas był na nim przedstawiony niedźwiedź. Nie może być więc inaczej, aby w Berouně niedźwiedzie nie mieszkały – owszem na zamkniętym wybiegu. Mieszka ich dwóch – Matěj i Kuba, misiowi celebryci – bohaterowie wieczorynki autorstwa Václava Chaloupka. Obywatelami miasta są od roku 2001, przybyli tu we trójkę (był jeszcze Vojta, ale zmarł biedaczysko w roku 2016) po zakończonym aktorskim angażu.

Beroun nie jest jedynym miastem w Republice Czeskiej, gdzie średniowieczne mury obronne zachowały się dobrze, tzn. co najmniej w połowie długości.

Od południa do zapadnięcia zmroku zwiedzaliśmy dalsze plenery. Najpierw Solvayovy lomy, a wisienką na torcie był Svatý Jan pod Skalou

Niedzielne rano przywitało niektórych z nas na wzgórzu Děd.

Dorotka, Michał, Piotrek, Janek, Tomek i ja szybciutko uwinęliśmy się ze spacerkiem na to dość odległe od  centrum Berouna wzgórze i wieńczącą je wieżę widokową. Ta, choć malownicza, oferuje dość ograniczone horyzonty i to tylko dlatego że w lesie wykonano szeroką przecinkę. Lecz i tak było bardzo przyjemnie, a po wczorajszej kolacji ten szybki spacer dobrze nam zrobił.

Potem, już z całą ekipą, w której przypomnę były: Krysia, Ela, Beata, Dominika no i Kaziu, odjechaliśmy z Berouna do Křivoklátu – dawnego zamku łowieckiego królów czeskich.

Zamek pozostaje w cieniu króla wszystkich – Karlštejna, znajduje się na jeszcze większym uboczu i odwiedzany jest przez znacznie mniejsze rzesze. Zdecydowanie jednak jest to miejsce, które powinno się znaleźć na trasie każdego miłośnika Republiki Czeskiej.

Křivoklát posiada bardzo ciekawą historię (do tego podaną przez miejscowego i bardzo rzeczowego przewodnika), bogate wyposażenie (choć kiedyś słyszałem od jednego ze znajomych nam, wielojęzycznych przewodników, że… nic tu nie ma – co jest całkowicie nieprawdą!) i bardzo interesujący detal oraz urozmaiconą bryłę. Spędziliśmy tu ładnych kilka godzin, żałując jedynie, że to tylko tyle.

Odwiedziny zamku Křivoklát były ukoronowaniem naszych tego – rocznych/jesiennych/październikowych/posezonowych odwiedzin Czech. Tematu niewyczerpanego nigdy.

Za rok zapraszam do Pragi. Powtórka? Nic podobnego! Tym razem zajrzymy na obrzeża stolicy – zakątki przyrody żywej i nieożywionej, usedlosti, miejsca magiczne. Może starczy czasu na osiedla awaryjne?… Raczej nie starczy. Będzie więc jeszcze kolejny (nie)raz.

A może w międzyczasie coś się jeszcze uda?

Tymczasem kończymy naszą (jak powiedział pan przewodnik z Muzeum Czeskiego Krasu) VZÁCNOU NÁVŠTĚVU!

 

 

PIĘKNA PRZECHADZKA KUTNOU HOROU

Zdecydowanie najwięcej wycieczek z Polski jedzie do Czech aby odwiedzić Pragę. Bardzo dobrze jest odwiedzić też inne miejsca, np. Kutnou Horu – Skarbiec Królestwa, Miasto Srebra,  które ma nie tylko zestaw wybitnych pamiątek przeszłości. Posiada też nieoceniony spokój, którego nie ma i nie będzie mieć Matka Miast.

Kutná Hora też ma za sobą długie stulecia i burzliwy rozwój, trwający z różnymi wahnięciami od przełomu XIII / XIV, do początku XVIII wieku. Po prawdzie to już z końcem stulecia X odkryto bogactwo i przyczynę rozwoju „Hor kutných” czyli srebro, z którego później wybijano najważniejszy pieniądz średniowiecznej Europy – grosz praski. To dzięki niemu na terenie Królestwa Czeskiego wzniesiono wiele pojedynczych obiektów, ale i całe miasta, weźmy późnogotycką Pragę. Sama Kutná Hora też dzięki groszowi się rozwinęła i rozbudowała. Swoje domy, ba – pałace stawiali ludzie, bogacący się na srebrze w sposób mniej czy bardziej uczciwy. W mieście lubili przebywać królowie a gmach gdzie znajdowała się mennica, Dwór Włoski – Vlašský dvůr był nawet rezydencją jednego z nich –  Václava IV, który tu szczególnie lubił przebywać. Również tu, na Vlašském dvoře, po długim okresie wojen husyckich i z tym związanych niepokojów, Władysław Jagiellończyk został wybrany kolejnym królem czeskim. Tak zaczął się okres władzy dynastii Jagiellonów w Królestwie Czeskim, trwający jednak niezbyt długo – równych 55 lat.

Rozwój Kutné Hory nie był bezbolesny, a to co w nim najbardziej uciążliwe dotknęło najbardziej tych, dzięki którym podziemne bogactwo zdołało się wydostać na powierzchnię. Górnicy kutnohorscy pracowali w skrajnych warunkach za marne wynagrodzenie, gdy tymczasem na powierzchni kwitła korupcja. Wszczynali przeciw temu bunty, jeden z nich – powstanie kutnohorskie (1494-96) jest uważane za największą burzę dziejową w średniowiecznych Czechach, wybuchłą na tle socjalnym.

Z tym niespokojnym czasem związana jest postać Prokopa Kroupy – ówczesnego głównego skarbnika miasta, odpowiedzialnego za przepływ praskiego grosza z mennicy do skarbca państwowego. Sprawował tą ważną funkcję mimo że był człowiekiem nierozgarniętym. Gdy w Kutné Hoře rozpoczęły się bunty górników, Prokop z wysokości swej rezydencji uciszał tłum. Przejęzyczył się i zamiast wołać „uspokójcie się, przecież panowie wam nic złego nie życzą!” krzyknął „uspokójcie się, przecież panowie wam nic dobrego nie życzą!”. Stąd powiedzenie: „Prokop gadał rzeczy głupie, stojąc przy kamiennym słupie!”. Choć stał się pośmiewiskiem, swój urząd pełnił nadal, co i współcześnie jest wiadome – im człowiek głupszy, tym ważniejszy. A cóż to za kamienny słup przy którym Prokop Kroupa stanął? To oczywiście Kamienny Dom – jeden z najwybitniejszych zabytków średniowiecznej architektury mieszczańskiej na terenie całych Czech, którego twórca  bardzo zasłużył się również dla ówczesnego Wrocławia.

Kopalnie srebra już w XV wieku osiągnęły rekordową głębokość, około 500 metrów. Technika górnicza była prymitywna. Warunki zdrowotne – beznadziejne. Praca – tylko ręczna; odwadnianie kopalń i wydobycie srebra – za pomocą prostych naczyń i kołowrotów; komunikacja pomiędzy ludźmi na dole – tylko za pomocą nasłuchiwania stuków w drewniane stemple i obudowy. Dotarcie do pokładu – pieszo albo za pomocą perkytli, na której górnik ześlizgiwał się w dół, korzystając z błotnistej powierzchni chodnika. Perkytle szybko się zużywały, dlatego Kutná Hora w czasach górniczej prosperity była największym odbiorcą wyprawionych skór zwierzęcych na terenie państwa czeskiego. Nie mówiąc już o zużyciu drewna na konstrukcje dołowe i jako paliwa, które ściągano aż z odległych lasów karkonoskich, skąd spławiano je Łabą i dostarczano na miejsce.

Średniowieczna Kutná Hora była miastem katolickim. Każdy z zamieszkujących tu stanów wspierał budowy kościołów; mieszczanie i patrycjat mieli swoją świątynię – kościół św. Jakuba wznoszący się w samym środku miasteczka.

Górnicy wsparli budowę innej świątyni – katedry św. Barbary, stojącej na uboczu ale będącej wisienką na torcie wybitnych smaków przeszłości miasteczka. Św. Barbara kutnohorska to z jednej strony majstersztyk gotyckiej rzeźby i architektury, a z drugiej – ówczesna manifestacja niezależności miasta i jego mieszkańców od klasztoru cystersów w miejscowości Sedlec (dziś fragmentu Kutné Hory).

Przy okazji Sedlci – w cieniu wybitnego (i wpisanego na listę UNESCO) zespołu klasztornego stoi kutnohorská Kostnice – jak byśmy powiedzieli, Kaplica Czaszek, obiekt którego żadne wycieczki nie pomijają, czy się komu podoba czy nie podoba tutejsze potraktowanie śmierci.

Budowę katedry (określenie „katedra” św Barbarze kutnohorskiej nadano dla podkreślenia walorów architektury, nie z powodu rangi) zaczęto pod koniec XIV wieku, trwała do momentu zaniku górnictwa w mieście, potem przeszła na własność Jezuitów doczekawszy się barokowej oprawy. Na przełomie XIX i XX wieku katedrę odnowiono w stylu neogotyckim; wszystkie ślady przeszłości w świątyni są widoczne po dziś dzień.

To tylko nieliczne miejsca, dla których Kutnou Horu należy umieścić w planie odwiedzin naszych południowych sąsiadów. Najlepiej jak najczęstszych i o każdej porze roku. Warto, zachęcam!

ROWEREM OD KARKONOSZY PO GÓRY WAŁBRZYSKIE

Z sobie wiadomych powodów zbierałem się na ten przejazd od roku 2003… No dobrze – zbierałem siły 😉 Bardzo się przydały bo trasa, myślę sobie była całkiem słuszna, choć… nie do końca przemyślana. Trochę ją odcierpiałem. Ale nie to było najważniejsze lecz zakątki Karkonoszy / Krkonoš, których nie wolno ot, tak – przejechać na rowerze! Dlatego prędzej czy później wycieczkę powtórzyć trzeba będzie, ale w wersji kilkudniowej. Kilka podjazdów w Karkonoszach robi wrażenie i wyciska na miazgę. Polecam tę trasę, oznaczoną w Krkonošským národním parku jako K1A wszystkim, którzy chcą sobie coś udowodnić lub ich bardzo siły rozpierają.

Powrót z Zacléře do domu to już gratka, o ile siodełko jest wciąż wygodne a podjazdów z Lubawki do Lipienicy czy z Krzeszowa do Grzęd nie widać i nie czuć, bo dzień się skończył i jedzie się po ciemku.

 

MAŁY APEL DO ORGANIZATORÓW WYCIECZEK I WAKACYJNYCH WYJAZDÓW DZIECI I MŁODZIEŻY

Spotykając się z różnymi grupami dziecięco młodzieżowymi słucham od ich opiekunów, co już zobaczyli i zobaczą podczas dłuższego czy krótszego pobytu w naszej okolicy i jakie mają plany wycieczkowe dla swoich podopiecznych.

Co się z tym dokładnie łączy to program wycieczki, jaki do realizacji dostaje przewodnik od organizatora i który bardzo często trzeba zmodyfikować, aby się do realizacji nadawał w określonym czasie. Przeważnie kompromis udaje się wypracować, chyba że uparty klient (z Wielkopolski wschodniej) prosi o pomoc w organizacji 4 dniowej wycieczki na trasie: Jesioniki (góry i „miasteczko”) – Praga – uzdrowiska zachodnioczeskie – Brno, takie zapytanie dostałem w marcu/kwietniu tego roku.

Pogranicze śląsko czeskie jest celem milionowych rzesz turystów zorganizowanych indywidualnie lub zbiorowo. Lecz gdy zajrzeć w szczegóły okazuje się, że sporo wycieczek u nas śpi a zwiedza miejsca odległe. Tak jakby nizinnej i górskiej części Dolnego Śląska czy pogranicznym regionom u naszych południowych sąsiadów brakowało uroku, atrakcji, okazji do wspaniałego spędzenia każdego czasu. To oczywista herezja.

Dlatego aby jej uniknąć mam (jak w tytule) małą sprawę do organizatorów wyjazdów dzieci i młodzieży. Trzeba poświęcić im więcej uwagi i porządnie te wyjazdy przemyśleć! Młodzi ludzie dopiero uczą się a podróże kształcą. Owszem, wiadomo – te wakacyjne służą ich wypoczynkowi.

Chyba że wcale nie chodzi o to, żeby czegoś się dzieci nauczyły i wypoczęły.

Tymczasem co słyszę? Oto fragment niedawnej rozmowy (z opiekunką/organizatorką kolonii która przyjechała na Ziemię Kłodzką z Zachodniopomorskiego):

– No tak, kończycie turnus, ale byliście na Przełęczy Spalonej czy gdzieś w okolicy?

– Tak, oczywiście!

– A wie Pani, że niedaleko jest Torfowisko pod Zieleńcem? No i wiele ładnych miejscowości (i tu posypałem nazwami znanych zakątków Ziemi Kłodzkiej), można to pięknie zwiedzić, przejść się tam…

– Nie, tam jeszcze nie byliśmy… Ale będziemy w przyszłości!

– A może podziemia Riese, Twierdza Kłodzka, Srebrna Góra czy (tego nie mogłem ominąć!) Zamek Książ, Wałbrzych, Stara Kopalnia?… (oraz wiele innych)

– No tak, o Zamku Książ słyszeliśmy. Resztę Pani pominęła milczeniem, i dodała: ale dzieci miały porządną całodniową wycieczkę do Energylandii! (Zator koło Oświęcimia)

Teraz i ja sobie pomilczałem.

Panie i Panowie organizatorzy, właściciele biur podróży, nauczyciele – kierownicy wycieczek szkolnych. Dolny Śląsk, Sudety, bliskie nam regiony Czech, czy wspomniana Ziemia Kłodzka są naprawdę bardzo piękne, a wiele miejsc posiada walory wybitne! Dlatego wysilcie się i zorganizujcie dzieciom coś U NAS i dopasowanego dla nich. Może to być coś, co zamieściłem na fotkach poniżej, albo mnóstwo innych zakątków, których ta mała galeria nie ma prawa pomieścić.

Zapraszam do obejrzenia, a gdyby w te strony potrzebowali Państwo przewodnika – nieustannie zapraszam do współpracy!

 

 

CZESKI RAJ, CZECHY PÓŁNOCNE. WYBITNE DZIEŁA PRZYRODY NIEOŻYWIONEJ I CZŁOWIEKA

Co się dzieje na bieżąco – wspominam również tu

FINAŁ OPOWIEŚCI O NIESZCZĘSNEJ ELIŠCE KATEŘINĚ SMÍŘICKÉ I JEJ ZŁEJ SIOSTRZE MARKETĚ

… Uwolniona z Kumburka Eliška Kateřina wykonała testament ojca i wraz ze swym Otto z Vartemberka zamieszkała w Jičínském zamku.

Jednakże mąż Elżbiecinej siostry Małgorzaty Salomei, pan Jindřich Slavata z Chlumu nie zamierzał odpuścić i zagroził Ottowi i Małgorzacie sądem. Otto zdając sobie sprawę że Slavata skorumpował praskich sędziów, jak tylko mógł odwlekał wyjazd do stolicy.

Eliška tymczasem próbowała ułożyć się ze swą siostrą – daremnie. Mało tego, Małgorzata Salomea najęła płatnego mordercę, aby ten otruł jej starszą siostrę. I tutaj do całego sporu włączył się sam król zimowy, Fridrich Falcký (Fryderyk Palatyński), na którego żądanie Otto z Vartemberka musiał do Pragi przybyć. Przekupiony sąd oczywiście uznał racje pana Jindřicha i zołzowatej Elżbiecinej siostry; Eliška i Otto zostali zmuszeni do zwrotu majątku.

1 lutego 1620 roku w Jičíně pojawili się członkowie komisji królewskiej – Rudolf ze Štubenberka, Adam Bohdanecký z Hodkova i Ladislav Bukovský z Oseče, oraz dwaj podkomorzy z archiwum ksiąg ziemskich. Komisja najpierw odwiedziła Radę miasta, którą przymuszono, aby oddała się pod opiekę Małgorzaty Salomei, następnie wszyscy poszli na zamek wyegzekwować wyrok sądu na Elišce Kateřině i Otto z Vartemberka.

Mimo Elżbiecinych łez, rozpaczy i oporu straży zamkowej, królewscy komisarze rozpoczęli inwentaryzację wnętrz. Nasza bohaterka zdecydowała się na krok ostateczny, w piwnicy znajdował się magazyn prochu.

Wkrótce Jičínem wstrząsnęła potężna eksplozja. Połowa zamku wyleciała w powietrze a wraz z nią wszyscy znajdujący się akurat wewnątrz. Zginęło kilkadziesiąt osób, wśród nich gapie zgromadzeni na Rynku, obserwujący całą awanturę.

Taka jest oficjalna wersja, lecz po prawdzie do dziś nie wiadomo, czy to rzeczywiście Eliška Kateřina nakazała podpalić ten proch, czy raczej zrobił to jakiś pijany żołnierzyna biorący udział w tym ponurym wydarzeniu.

Wszystko to działo się tuż przed Białą Górą. Po niej sądnych dni doczekała się okropna Małgorzata Salomea, ponieważ jej majątek został skonfiskowany a ona sama, owdowiała (pan Jindřich Slavata z Chlumu zginął w eksplozji), zmarła w samotności, biedzie i zapomnieniu gdzieś na emigracji.

OPOWIEŚĆ O NIESZCZĘSNEJ ELIŠCE KATEŘINĚ SMÍŘICKÉ, JEJ ZŁEJ SIOSTRZE MARKETĚ I KILKU INNYCH WAŻNYCH A NIE WIDZĄCYCH ŚWIATA POZA SOBĄ

Rzecz zaczyna się na zamku Kumburk inaczej zwanym Goldenbergiem. Oprócz tego że właśnie tu rozegrała się rodzinna tragedia, założenie jest interesujące architektonicznie. Mury zamku nie tworzą bowiem pierścienia zamykającego całe założenie, lecz spiralę. Wróg aby zdobyć zamek musiał forsować nie tyle mury co odcinek po odcinku tej spirali.

Na początku 17. wieku zyskał Kumburk pan Zikmund Smířicky, który na zamku nie mieszkał, lecz traktował go jako więzienie. Nie są znane nazwiska przestępców w nim osadzonych, z jednym wyjątkiem… córki Zikmunda, pani Elišky Kateřiny (Elżbiety Katarzyny)  Smířické. Tato ukarał córkę bo ta, zamiast zakochać się w równym sobie co do urodzenia arystokracie, zapałała uczuciem do mieszkającego w okolicy pasterza owiec. Ostatecznie pan tato okazał łaskę i chciał nieszczęsną Elę uwolnić, lecz nie zdążył z decyzją – zmarł.

Niestety, uwięzienie Elżbiety bardzo było na rękę jej młodszej siostrze – Małgorzacie Salomei, która dobrze wiedziała że dopóki Elżbieta jest w więzieniu, majątek po ojcu przypadnie jej. Aż pewnego razu zjawił się Otto z Vartemberka i obiecał Elżbiecie że ją zza krat wyciągnie, jeśli tylko przysięgnie że zostanie jego żoną. Dziewczę dokonało wiadomego wyboru…

…Ale tu historia się nie kończy, dalszy ciąg nastąpi wkrótce.

 

JIČÍNSKO – NIEDOKOŃCZONY SEN ALBRECHTA Z VALDŠTEJNA, ORAZ INNE, ZNANE I NIEZNANE REWELACJE TEJ KRAINY, ODWIEDZONE Z OKAZJI DNIA DZIECKA

Początek czerwca to dobra okazja na wycieczki rodzinne połączone z biwakiem. Długie dni pozwalają na całkowity brak pośpiechu przed zmrokiem a ciepłe noce zachęcają do skorzystania z namiotu. Dzięki tym wszystkim zbiegom okoliczności zobaczyliśmy dużo, pięknie, z zewnątrz i od wewnątrz.

Na początek i na koniec wycieczki – Jičín, niedoszłą stolicę  i miasto – rezydencję Albrechta z Valdštejna – awanturnika, boga wojny (30 letniej), człowieka o ambicjach sięgających szczytów władzy. Był wybitny i okrutny zarazem. Miłośnik architektury i sztuki, wielki znawca sztuki wojennej. Dla zdobycia sławy, bogactwa i wpływów poświęcił wszystko. Często działał wbrew swoim dawnym przekonaniom, nie mówiąc o przekonaniach innych ludzi, z którymi się nigdy nie liczył, chyba że widział w tym zysk dla siebie. Miał wielu zwolenników (czy aby na pewno?) i może jeszcze więcej wrogów (to pewne było). Życiowe hasło Albrechta: INVITA INVIDIA –WBREW ZAWIŚCI, świadczy o wielkiej pewności siebie, dla której zasłoną była udawana pokora. Zdobył wszystko z wyjątkiem ludzkiej przyjaźni i cesarskiej korony. Był szanowany, albo się go obawiano. Skończył z piętnem zdrajcy, marnie i przedwcześnie. Jego 51 letni życiorys starczyłby dla sporej grupy ludzi.

Po Albrechcie z Valdštejna pozostało wiele obiektów w różnych miejscach  Czech północnych i zachodnich. Pieniądze na to zdobył drogą intryg, malwersacji, rozboju, zdobywania za bezcen olbrzymich majątków po szlachcie czeskiej zmuszonej do emigracji po Białej Górze. W Pradze wybudował sobie pałac, którego wielkość miała przyćmić nawet siedzibę władcy, stojącą na nieodległym wzgórzu. W północnych Czechach stworzył państwo w państwie, wyjęte spod królewskiego prawodawstwa – ziemię szczęśliwą – terra felix – księstwo Frydlantskie.  Jego głównym ośrodkiem miał stać się Jičín; powstały tu budowle w ulubionym przez Albrechta z Valdštejna stylu renesansu włoskiego, zbudowane według astrologicznych przesłanek i powiązanego z nimi, czytelnego planu, z którym najpewniej wiele wspólnego miał horoskop zestawiony dlań przez Johannesa Keplera w 1608 roku.

Lecz nie tylko postać Albrechta z Valdštejna towarzyszyła nam podczas wędrówki tą piękną krainą, bo oprócz Jičína odwiedziliśmy miasteczko Sobotka i jego okolice.

Nad miasteczkiem góruje Humprecht. To jednocześnie nazwa zamku i imię arystokraty – Humprechta Jana Czernina, który pod koniec lat 70. XVII wieku wybudował na wzgórzu koło Sobotky swą łowiecką siedzibę. 60 lat później zamek przeszedł do majątku rodu Netolickych. Co po nich zostało – obejrzeliśmy wewnątrz Humprechtu. Największe wrażenie robi tutaj sala akustyczna, olbrzymie i oszczędne w wystroju wnętrze, bo nie o wystrój tu chodzi. Dekoracją sali jest dźwięk, który niesie się zwielokrotnionym echem od źródła – ludzkiego głosu. Zapewne o to Humprechtowi Czerninowi chodziło – wywrzeć potężne wrażenie na swoich gościach, tu z honorami przyjmowanych.

Okolice Sobotky to malownicza kraina w której znajdują się liczne przykłady drewnianej architektury, tworzące w kilku miejscowościach zwarte zespoły nie zakłócone współczesnością. Właśnie one w połączeniu z lekko sfalowanym, leśno – polnym krajobrazem, tworzą zaciszny i dający wspaniale pobyć český venkov. Od nas na wyciągnięcie ręki, prawie nieznany i piękny. W Polsce takich miejsc, czyli małych miejscowości o jednolitej architekturze nie ma. Nawet we wschodniej połowie naszego kraju, gdzie drewnianej zabudowy było mnóstwo, lecz albo niszczeje, albo jest wyremontowana i stała się plastikowa z dodatkiem blachy.

Dalszym celem wycieczki były odwiedziny Trosek, czyli ruin średniowiecznego zamku, postawionego w 2 poł. XIV w. przez Čeňka z Vartemberka, Budowa była na tyle kosztowna, że pod koniec życia Čeněk z Vartemberka musiał oddać zamek królowi Wacławowi IV, swemu największemu wierzycielowi. Król potem zamek sprzedał rodowi Otty z Bergova. Podczas wojen husyckich budowla została zdewastowana, potem przechodziła z rąk do rąk nie odzyskawszy swego militarnego znaczenia, choć w połowie XV wieku była gniazdem raubritterów. W wieku XIX Trosky starał się odbudować hr. Alpis Lexel z Ahrentalu. ale przedwczesna śmierć położyła kres jego zamiarom. W dwudziestoleciu międzywojennym o Trosky starał się KČT, po wojnie remontów było kilka.

Wszystko to brzmi „jak zwykle” co dotyczy zamków średniowiecznych, tymczasem Trosky – zamek i wzgórze to jeden z symboli czeskiego krajobrazu. Zamek składa się z dwóch częściowo zachowanych wież, postawionych na niemal niedostępnych bazaltowych iglicach. Pionowe skały świadczą o (całkiem niedawnym) kierunku wypływu lawy, z daleka i bliska wyglądają jak diable rogi. One to tworzą dominantę krainy i idealny motyw widokówkowy.

Zanim wróciliśmy do domu, obejrzeliśmy dzieło techniczne i architektoniczne – zaporę wodną Les Království, znajdującą się już poza Czeskim Rajem. Koronę zapory zamykają symetrycznie rozmieszczone baszty, wyglądające jak bramy miasta średniowiecznego, którego tu brak. Może miasto znajduje się na dnie jeziora, powstałego z okiełznania Łaby? Na wszelki wypadek nie sprawdzaliśmy.

Na wycieczce nie mogło zabraknąć wspomnienia o Rumcajsie, którego dom – ševcovna, do dziś stoi w Jičíně. I temu miejscu poświęciliśmy sporo czasu, nie mówiąc o wczorajszej wizycie w Jičínským muzeum regionalnym i tamtejszej wystawie czasowej pt. „Magiczna stajnia – sztuka stajenna artystów niegalopujących, albo wystawa do obejrzenia, odegrania, odkrycia”. Może zamiast po polsku czeski tytuł w oryginale, będzie łatwiej zrozumieć:  „Konírna imaginární“ – výstava k vidění, hraní a objevování aneb ustájené umění nevycválaných umělců.  Póki jest (do 16 września b.r.), bardzo polecam, i dużym i małym.

To o czym wspomniałem jest ledwo namiastką atrakcji tej krainy. Polecam raz jeszcze i zapraszam do obejrzenia kilku fotek.