RUBIEŻAMI GÓR SOWICH, RUBIEŻAMI GÓR KAMIENNYCH

Szare przedwiosenne niebo nie zachęca do bycia poza domem, ale w każdej szarzyźnie zdarzają się przebłyski, za którymi warto wybrać się w góry. Najpierw zatem wybrałem się z Walimia do Zdrojowiska, chcąc zwiedzić pomijane okolice Wzgórz Wyrębińskich. Nawet szlaki znakowane nie biegną tędy wzdłuż tylko wszerz, byle szybciej w stronę Gór Sowich.

Zacząłem podejściem z Walimia pod Włodarz by stamtąd przejść pięknym o każdej porze roku łąkowym grzbietem pod Sokoła / Niczyją. Temu tradycyjnemu przejściu towarzyszył pierwszy (i ostatni jak się okaże) przebłysk pogodowy z widokiem na Małą Sowę i Góry Kamienne. W miejscu gdzie Główny Szlak Sudecki obchodzi północne stoki Sokoła, ja poszedłem w prawo, czyli na zachód i południe. Od tej strony góra jest otoczona głównie bezdrożami, z których otwierają się piękne widoki dalszej i bliższej okolicy. Wciąż bezdrożnym sposobem dotarłem za niedługi czas pod wierzchołek Gontowej. Tu znajduje się jeden z obiektów kompleksu Riese – tragicznego paradoksu historii, o którym nic się nie wie, choć wszystko o nim zostało powiedziane i napisane.

Obiekt Sokolec / Gontowa jest dwupoziomowy z wejściami po północno wschodniej i południowo wschodniej stronie wzgórza. Odwiedziłem je, potem przebyłem na wskroś dolinę Sowiego Potoku i wyszedłem na Gruntową, kolejne ze Wzgórz Wyrębińskich. Gruntowa tak naprawdę jest łąkowa z pięknym widokiem Gór Sowich, Bardzkich i Kamiennych, dlatego bardzo miło spędziłem tu dłuższą chwilę czasu by następnie zejść do Miłkowa. W Miłkowie miłe się kończy, a znów odznacza się w krajobrazie to, co się wiąże z latami II wojny światowej. Działającą w Miłkowie (niem. Mölke) kopalnię Wacław (Wenceslaus) i elektrownię przejęła w 1940 r. fabryka prochu Dynamit Nobel AG i fabryka amunicji Mölke – Werke. Co dokładnie tu produkowano, do dziś nie wiadomo.

Kopalnia Wacław miała i wcześniej tragiczny epizod. W lipcu 1930 roku przy szybie „Kurt”, znajdującym się w pobliskim Jugowie nastąpił wyrzut metanu wskutek którego śmierć poniosło 151 górników. Kopalnia uchodziła za jedną z najniebezpieczniejszych w Zagłębiu Wałbrzyskim, katastrofa z 9 lipca 1930 przypieczętowała jej losy. Kopalnię zamknięto, ale po wojnie podejmowano jeszcze próby wydobycia węgla. Planowano m.in. wybranie złóż od strony kopalni Nowa Ruda; prace przerwano po wielu wybuchach metanu, gdy uznano że eksploatacja węgla ze złóż Wacława jest zbyt ryzykowna.

W drodze na Włodykę, zamykającą Wzgórza Wyrębińskie od południowego wschodu, idąc zdewastowanym terenem mijam co chwilę betonowe bunkry – składy? magazyny? czego – może amunicji produkowanej tu podczas wojny? Sam szczyt Włodyki nie istnieje – schowany jest pod hałdą popiołu i żużlu, odpadów z elektrowni, działającej przy kopalni Wacław do 1964 roku. Uznać należy, że Włodyka to najmłodsza geologicznie i najszybciej wydźwignięta sudecka kulminacja. Powstała w antropocenie i również wtedy została nieco zmniejszona; hałdę w latach 70 XX wieku częściowo przetworzono na materiał budowlany. Ciekawe, co z niego zbudowano, jeżeli w ogóle cokolwiek…

Z Włodyki na stację w Zdrojowisku zszedłem głównie bezdrożami z widokiem Jugowa na tle Gór Sowich. Jeszcze dłuższą chwilę spędziłem na stacji, której po prawdzie nie ma, do Wałbrzycha Gł. wróciłem pociągiem. Miałem wprawdzie bilet na Wałbrzych Miasto, lecz na dworcu głównym nie było się na co przesiąść. Dziś sobota, pociąg na Miasto nie jedzie. Nie wiedział o tym konduktor Kolei Dolnośląskich – firmy obsługującej połączenie, którego nie ma w sobotnim rozkładzie jazdy. Ja też nie wiedziałem – moja wina!

Późny poranek pierwszej niedzieli marca zastał mnie w szarym i zamglonym Sokołowsku, skąd wyszedłem na Stożek Wielki. Z otaczającej mnie szarej nicości padał na zmianę deszcz, deszcz marznący, mżawka, śnieg, na Stożku mocniej zawiał wiatr.

Ze Stożka wielką stromizną zszedłem do Unisławia Dolnego, skąd doliną bezimiennego dopływu Ścinawki, przez Unisławskie Łąki wyszedłem na grzbiet Dzikowca. Z nieba znów padało wszystko, tu w górach wciąż utrzymuje się zima z 15 centymetrową warstwą śniegu. Myślę że można byłoby wycisnąć z niego ślad pod narty biegowe tak, jak bywało kilka lat temu. Niestety nic takiego nie dzieje się, dlaczego?

Na szczycie Dzikowca byłem nie tak dawno temu, dlatego teraz poszedłem w stronę wieży widokowej, stojącej w górnej części trasy narciarskiej. Spodziewanie, dziś przez pogodę, z wieży ujrzałem nic. Chwilę potem bardzo stromym duktem o nawierzchni wysypanej tłuczniem zszedłem na rozległy, łąkowy płaskowyż Wyżyny Unisławskiej. Tą kamienistą drogą biegnie znakowany szlak rowerowy; dla normalnego człowieka nie jest on ani podjezdny ani zjezdny. Nie ma tu informacji, że jest to tor do downhillu, zresztą ten znajduje się w innej części Masywu Dzikowca i jest oddzielnie wyznakowany.

Gdy zszedłem na Wyżynę Unisławską, wiatr wreszcie rozegnał chmury i otworzyły się ładne widoki Gór Kamiennych, chociaż dodam że jeszcze przed chwilą schodząc tutaj, sięgnąłem wzrokiem Gór Stołowych. Na chwilę zza chmur nawet wyjrzało słoneczko. Zaraz zrobiło się raźniej! Niestety wkrótce słońce się zmęczyło i zaciągnęło przed sobą szarą zasłonę. W tej szarości przeszedłem łąkowy grzbiet, kończący się kulminacją Barbarki [634 m.]. Tu, w wyrobisku nieczynnego kamieniołomu zatrzymałem się na dłużej, aby dokładnie obejrzeć geologiczną osobliwość. W nieczynnym wyrobisku bardzo ładnie odsłania się kontakt piaskowca – skały osadowej, przebitej strumieniem magmy wydostającej się tu podczas aktywności wulkanicznej. Ostatnio taka aktywność miała tu miejsce około 280 mln lat temu, pamiątką po niej są u nas właśnie Góry Wałbrzyskie i Kamienne, oraz zakątek który przemierzyłem na koniec dzisiejszej przechadzki. Wkrótce zszedłem na Podgórze, stąd wróciłem do domu.