ROWEREM OD KARKONOSZY PO GÓRY WAŁBRZYSKIE

Z sobie wiadomych powodów zbierałem się na ten przejazd od roku 2003… No dobrze – zbierałem siły 😉 Bardzo się przydały bo trasa, myślę sobie była całkiem słuszna, choć… nie do końca przemyślana. Trochę ją odcierpiałem. Ale nie to było najważniejsze lecz zakątki Karkonoszy / Krkonoš, których nie wolno ot, tak – przejechać na rowerze! Dlatego prędzej czy później wycieczkę powtórzyć trzeba będzie, ale w wersji kilkudniowej. Kilka podjazdów w Karkonoszach robi wrażenie i wyciska na miazgę. Polecam tę trasę, oznaczoną w Krkonošským národním parku jako K1A wszystkim, którzy chcą sobie coś udowodnić lub ich bardzo siły rozpierają.

Powrót z Zacléře do domu to już gratka, o ile siodełko jest wciąż wygodne a podjazdów z Lubawki do Lipienicy czy z Krzeszowa do Grzęd nie widać i nie czuć, bo dzień się skończył i jedzie się po ciemku.

 

RUMUNIA – MUNȚII TRASCĂU

Munții Trascău to wapienno dolomitowy masyw bardzo bogaty w wodę, odpływającą stąd licznymi i wartkimi rzekami.

Szalejące wody rzek i potoków robią z tutejszymi skałami co chcą. Te zaś gdzie zdołają, stawiają opór, a efektem przyrodniczych zmagań jest imponujący krajobraz Munții Trascău, wszędzie nazwany z użyciem wyrazów takich jak: fața, piatră, sub piatră, valea, dealu, cheile, peștera.

Woda jest tu niemal wszędzie. Wypływa z licznych wywierzysk tworząc od razu zasobne potoki, energicznie rozcinające skały znajdujące się na ich drodze. Tak powstają stromościenne cheile – skalne bramy lub gardziele, bardzo utrudniające dotarcie w głąb gór. Na dnie tej formacji ledwo mieści się wycięta w skale rękoma ludzkimi i zabezpieczona żelastwem ścieżka. Przeważnie nawet tego nie ma, dlatego przez cheile wędruje się korytem rwącego potoku.

Dorotka po utracie butów, wszędzie tu wędrowała w sandałach, ale jak zwykle ona – zniosła to dzielnie. Jak to zrobiła, nie wiem… Determinacja!

Wiele w Trascău jest miejsc, gdzie woda szaleje pod ziemią drążąc korytarze wielkich jaskiń. Jedną z nich jest Peștera Huda lui Papară z której wypływa Văii Morilor, powstała z połączenia trzech innych rzek zapadających się pod ziemię po przeciwnej stronie góry, tam tworzących tzw. dolinę ślepą, z której na pozór nic nie może wypłynąć, a jednak. Prawdziwy przyrodniczy majstersztyk!

Podejścia i zejścia są tu przeważnie 500 metrowe lub wyższe. Wyprowadzają z dolin wprost na skaliste wierzchołki gór, między którymi bezkreśnie falują połoninne grzbiety. Odległości przez to są znaczne, teren jest odludny.

Miejscowości w Trascău jest mało. Przeważnie tworzy je kilka domów, zaczepionych na stromych stokach, przycupniętych na wzgórzach, albo wciśniętych w wąskie doliny rzek. Miejscowość Cheia składa się z czterech budynków: cerkwi, stodoły, budynku gospodarczego i mieszkalnego. Mieszka tu para: ona – zawodowa opiekunka czy rehabilitantka, on – artysta malarz, ich dwoje dzieci, oraz inwentarz. Ich życie to codzienna praca przy gospodarstwie z którego się utrzymują. Przyjechali tu ze stolicy, gdzie jest nieznośnie. Wydaje się, że w otoczeniu przyrody w Cheia znaleźli to, czego chcieli, mimo licznych trudów, oraz wszelkich „braków dostępu”, a może właśnie dzięki tym brakom. Dzieci dzielnie pomagają swoim rodzicom koło domu, do szkoły mają 10 kilometrów. Połowę z tego pokonują pieszo. Rano w tę i po południu z powrotem…

W Munții Trascău wydobywano kiedyś rozmaite kruszce, rudy metali, surowce skalne, a na peryferiach, np. w okolicach miasta Turda – sól kamienną. Tutejsze kopalnie soli (Salina Turda) istniały nieprzerwanie od czasów rzymskich do lat 30 XX wieku.

Rodowód związany z górnictwem żelaza i srebra posiada Rimetea – perełka architektury, dawne miasteczko z czytelnym do dziś układem i ośrodek kultury węgierskiej.

We wschodniej Transylwanii zamieszkiwali niegdyś Seklerzy (Székelyi, być może od „szegély” czyli strażnik granic) – lud węgierskojęzyczny lub posługujący się dialektem węgierskiego, dziś określający się po prostu Węgrami. Mieszkają też w zachodniej Transylwanii, m.in. w Rimetei, która oprócz tego że jest piękna sama w sobie, jest (razem z sąsiednią miejscowością Colțesti) wspaniale położona w śródgórskiej Depresiunea Trăscaului.

Rimetea leży u stóp Colți Trascăului i Piatra Secuiului (Skały Szeklerskiej), tworzących nad miasteczkiem ponad 550 metrowej wysokości dolomitowy bastion. Góra jest tak blisko, że w odpowiedniej porze roku mieszkańcy pozostają w cieniu Piatra Secuiului, bo tarcza słoneczna nisko zakreślając nieboskłon, nie wychyla się ponad górę. W lecie słońce wschodzi dwa razy: najpierw nad horyzontem, potem chowa się za Colți Trascăului by za dłuższą chwilę wzejść jeszcze raz, po przeciwnej stronie góry.

Przede wszystkim jednak – Piatra Secuiului, choć nie najwyższa w okolicy, sprawia potężne wrażenie. Jest też chyba świętą górą dla Węgrów, których wrzaskliwe rzesze ciągną na szczyt stromym szlakiem w tę i z powrotem do miasteczka, gdzie oddają się posiedzeniu w knajpach przy stole winnym.

Dorotka i ja owszem, poszliśmy w tę, ale z powrotem inną drogą. Choć wszystko na to wskazywało, nie padliśmy z braku wody a dzięki temu że poszliśmy inaczej, odwiedziliśmy jeszcze jeden tutejszy twór przyrody nieożywionej – Grota Studentilor. Powszechnie uważa się, że Pravčická Brána jest największym skalnym mostem w Europie. To na jakim kontynencie jesteśmy teraz?…

Wejście na cudownie widokową Piatra Secuiului i czas spędzony w Rimetei były ostatnim epizodem odwiedzin Munții Trascău, skąd przez Turdę odjechaliśmy do Cluj – Napoca, spędzając tam ostatnie dwa dni naszego wyjazdu.

O Cluj może będzie jeszcze czas szerzej się wypowiedzieć. Miasto oczywiście posiada wiele zabytków, tętni życiem i jest bardzo ciekawe, ale to nie jest Sibiu, które odwiedziliśmy rok temu po zejściu z Gór Fogaraskich.

Z Cluj – Napoca po dwudziestogodzinnej podróży kolejowej via Budapest, Brno, Chocen, Náchod dotarliśmy do Meziměstí. Stąd do domu zabrała nas ostatnia, choć zamówiona, ale jednak – ocazia.

Do następnej okazji w Rumunii!

RUMUNIA – PRZEZ MUNȚII RETEZAT I JESZCZE KAWAŁEK

…Z rozpostartego nad nami ołowiu coś faktycznie kapło, potem przestało, ale na to że będzie bardzo dobrze – słonecznie, liczyć nie mogliśmy.

Jeszcze dłuższą chwilę spędziliśmy w Devie, robiąc drobny zakup i wzrokowo witając się z miejskim krajobrazem Rumunii, pamiętającym oczywiście czasy dyktatury. O architekturze mieszkalnej z tamtego okresu można mówić wszystko co najgorsze, ale tu w Rumunii trudno to powiedzieć. Nie wiem jak tutejszym się w tych domach mieszka, w środku nie byłem. Pewnie mieszkańcy mają długi zestaw spraw z jakimi walczą. Z zewnątrz – to nie jest zwykły betonowy, prefabrykowany banał, choć oczywiście całkiem nie zgrywający się z otoczeniem. Tutejsze zdominowane jest przez niewysokie, ale bardzo strome wzgórze na którym wznoszą się potężne mury Cetatea Devei.

Deva została założona w połowie 13. wieku przez węgierskiego króla Belę IV. Wkrótce potem miasto zostało zdewastowane przez Kumanów / Połowców, uciekających przed najazdem mongolskim. Aby uniknąć podobnych niszczycielskich wpadów, Stefan V, syn Beli nakazał je odbudować i ufortyfikować, wtedy najpewniej powstała twierdza na wzgórzu, o czym też głosi wieść

Nasza rzeczywistość to kolejne odwiedziny – miasta, a szczególnie zamku. Castelul Corvinilor to gotycko – renesansowa twierdza, dawne gniazdo rodowe Hunyadich, z których wywodził się inny król węgierski – Matyás Korvin.

Dostojna budowla postawiona u wrót kraju przetrwała różne burze dziejowe, zwłaszcza to, co działo się tu za czasów dyktatury. Tak jak koło arcy – zabytkowego Krakowa postawiono dla równowagi Nową Hutę, tak w miasteczku Hunedoara, u stóp Castelul Corvinilor rozbudowano do postaci molocha, istniejącą tu od końca 19. wieku hutę żelaza. Tak dla „równowagi” koło perły historii powstała perła komunizmu: Combinatul Siderurgic Hunedoara. Zamek przez dziesięciolecia stał w cieniu kombinatu, motany chmurą zanieczyszczeń i dewastowany.

Od kilku lat odzyskuje swój blask, jaki stopniowo zyskiwał, odkąd w 1 poł 15. wieku Janos Hunyadi przebudował gotycką twierdzę w porządną rodową rezydencję. W wieku 17. zamek został rozbudowany przez kolejnego właściciela – Gabora Bethlena. Świadkami kolejnych rozbudów są zamkowe wieże: Wejściowa Zachodnia, Pusta (albo Liliowa), Jana Kapistrana, Wschodnia Wejściowa, Doboszów (bębniarzy), tzw. Maczuga (Wieża Malowana) i Wieża „Nebojsa”. Nazwa ostatniej pochodzi z czasów Macieja Korwina, gdy zamku strzegła załoga składająca się z żołnierzy serbskich.

O Castelul Corvinilor, co oczywiste, krążą również liczne legendy.

Jedna z nich opowiada o zamkowej studni, wydrążonej przez trzech tureckich jeńców. Janos Hunyadi obiecał im wolność, jeśli tylko w studni wystąpi dobra woda. Przez 15 lat Turkowie wydrążyli 28 m głęboką studnię, dobrą wodę sięgnęli, ale w międzyczasie budowy Janos Hunyadi zmarł. Wdowa po nim – Erzebeth Szilagyi okazała się wiarołomna i nie uwolniła trzech jeńców, którzy na zamku dokończyli swe życie.

Jest też legenda o kruku z pierścieniem

A my zmierzamy dalej! Najedzeni porządnym rumuńskim śniadankiem (dwa rodzaje omletów, grzanki, sałatka, chleb, kawa, capuccino) i napawani walorami historii, ruszyliśmy na okazję.

Pierwszy pan kierowca podwiózł nas do Hațegu, drugi do Ohaba de Sub Piatră. W międzyczasie zaczęło padać. W Ohabie pozytywnie na nas zareagował starszy pan w terenowym samochodzie.

– podwiózłby nas pan do Nucșoary?

– (uśmiech) właściwie to ja jadę tylko do Sălașu, ale… dobra, wsiadajcie!

– 🙂

I tak po południu stanęliśmy u stóp Retezatu. Zanim w góry wyszliśmy, odpoczęliśmy w sklepie – barze, w każdej z tych instytucji załatwiając właściwe sprawunki. Szczególnie nas ucieszyły zakupy różnych serów w ilości kilku kilo, które nam starczyły do końca wyjazdu, nie utraciwszy nic ze swych walorów. Te prosto od gospodyni która akurat przechodziła obok, została przeze mnie zagadnięta i chciała zrozumieć co do niej mówię.

Potem nastąpił wielogodzinny marsz doliną bardzo burzliwego (co jest tu zwyczajne) potoku Nucșoara. Szum wody przewalającej się licznymi kaskadami był dopełnieniem majestatu, który przez niski pułap chmur mogliśmy sobie wyobrazić a nie mogliśmy dojrzeć. Wygodna droga doprowadziła nas na Poianę Cârnic, gdzie do pozostania na biwak zachęcał nas tutejszy uśmiechnięty gospodarz pola campingowego. Szkoda że tego samego gospodarza nie ma w Cabanie Pietrele dokąd jednak, czyli jeszcze dość w górę, poszliśmy.

Droga z czasem przeszła w zupełnie rozrytą ścieżynę, było coraz stromiej, wyżej i mroczniej – również z powodu pory dnia. Zwłaszcza jednak z powodu chmur, z których spadł rzęsisty deszcz. Końcówka przejścia dodatkowo wiodła skrótem zakosów drogi, wprost przez bujnie wyrosłe leśne runo, dlatego nasz dzisiejszy cel – Cabanę Pietrele osiągnęliśmy całkiem mokrzy. Budynek schroniska samego w sobie nie jest zbyt duży ale otacza je, że tak powiem, kompleks domków campingowych. Schronisko świeciło pustkami, domki tym bardziej. Mimo to, z powodów idiotycznych, choć chcieliśmy zanocować pod dachem, nie mogliśmy. Co gorsza, tak jak my została potraktowana niemiecka rodzina z dwójką chłopaków, mająca za sobą cały dzień wędrówki. Tutejsi odesłali ich z kwitkiem, tylko ich na drogę poinformowali, że niecałą godzinę stąd jest Cabana Gențiana – może tam was przyjmą. Może! Powiedzieli pseudogospodarze schroniska Cabana Pietrele do grupy turystów, którzy zawędrowali w wysokie góry i nie zarezerwowali sobie (smsem) miejsca w i tak pustym obiekcie!

-To może wam teraz ten sms wyślemy!

-Nie, bo teraz nie dojdzie, poza tym domki są zniszczone przez powódź…

Dorotka i ja po dłuższym czasie spędzonym na poszukiwania i przygotowania w miarę płaskiego miejsca pod namiot, zostaliśmy na pobliskiej polanie na biwak. W nocy, jak i w dzień, lunęło.

Rano okazało się, że z butami Dorotki jest coś nie tak i zaczynają się rozwalać, choć były używane może kilka razy podczas spacerów po Sudetach. Innych zmartwień nie mieliśmy, dlatego z niewielkim balastem doświadczeń a tylko z dość ciężkimi plecakami rozpoczęliśmy wędrówkę w stronę głównej grani Retezatu. Ścieżyna wiodła nas szczerym lasem świerkowym, porastającym morenę doliny potoku Pietrele; za pół godziny dość karkołomnego przejścia doszliśmy do Cabany Gențiana. Małe schronisko o bardzo sympatycznym wyglądzie i prostym wyposażeniu było bez porównania inne niż Cabana Pietrele. Wyszło to też podczas rozmowy z jej gospodarzem i dwójką rumuńskich turystów, którzy wczoraj wieczór brali udział w nieszczęsnej pogaduszce w Pietrele.

Po rozmowie z tą dwójką ustaliliśmy, że idziemy nad Lacul Bucura, tam oczekiwać jakiegoś okna pogodowego. Mamy nadzieję że ono nastąpi, choć póki co to okno raczej się zamyka niż otwiera… I tak jednak nie było najgorzej, skoro po kilku godzinach wędrówki z Pietrele stanęliśmy na 2206 m., niespecjalnie moknąc ale też nic nie widząc przez mgłę. Mogliśmy jedynie przyjrzeć się toni bardzo pięknego Lacul Pietrele.

2206 m. to wysokość Curmătura Bucurei. Było wietrznie i zimno a uspokoiło się po drugiej stronie grani. nie na długo po prawdzie, bo gdy dotarliśmy na miejsce naszego drugiego biwaku znów zaczęło wiać. Co tam jednak niestabilna pogoda, gdy jesteśmy w tak urokliwym miejscu – nad brzegiem Lacul Bucura, bodaj jednego z większych w Retezacie. Taflę jeziora położoną na ok. 2000 metrów otaczają skaliste żylety a najostrzejszą z nich jest (jak się później okaże) Judele (2398 m.). Najwyższą jest oczywiście Peleaga (2509 m.), ale wśród okolicznych zgrabniutkich skalic kształtem nie imponuje – jest przysadzista i dostojna.

Z brzegu jeziora Bucura mimo niesprzyjających pogód było dokładnie widać na południe, zamknięte wapiennym i mocno zalesionym Retezatul Mic. W ogóle wydaje się że horyzont południowy jest bardziej pogodny, ale pewnie to tylko pozór. Zresztą i tak jest to daleko od nas.

Nasz namiot, obeschły po nocnej pompie, znów parę razy został wychłostany deszczem. Nie on jeden. Nad Bucurą stoi teraz co najmniej kilkanaście namiotów; biwakuje tu wielu Czechów, są i tutejsi, ale głównie okupują Refugiul Salvamont Bucura, stojące nieco wyżej i dalej od jeziora. Ludzi sporo, ale i tak nad wszystkim tu rządzi przyroda.

Przyroda, która nam póki co uniemożliwia jakieś odważniejsze działania. Oprócz deszczu, nad Lacul Bucura, właściwie cały czas bardzo mocno wieje.

Dzisiejsze poranne niebo wyglądało tak jakby zaraz miało zacząć śnieżyć, potem bardzo długo czekaliśmy aż się cokolwiek wyklaruje. Odbyłem też rozmowę z kilkoma Czeszkami, które co do pogody stwierdziły „nikdo nic neví”. W Refugiul Salvamont Bucura dyżurował młody człowiek, jego komunikat był prosty „raining every day”… Small or big? Every…

Parę godzin później determinacja wzięła górę. I my wzięliśmy górę, tzn. Peleagę (2509 m.)!

Znad Bucury wiedzie nań dzika ścieżka wśród rozległego piargu i surowego polodowcowego krajobrazu. Wokół niebywały koloryt szarości, wszędzie pionowo albo przynajmniej bardzo spadziście; nie wiemy dokładnie bo wszystko zasłaniają mgły. Mimo to udało mi się wypatrzyć kilka świstaków, czy raczej – one wypatrzyły nas ale były na tyle ufne, że dały się podejść na jakieś 50 m.

Z Peleagi nie było nam dane zbyt wiele obejrzeć, deszcz dopadł nas podczas zejścia. Jednak to nie pogoda jest dla nas najgorsza w Retezacie; pewnie byśmy ją jakoś przemogli  i trochę tu jeszcze pochodzili. Ale już nie pochodzimy – Dorotce rozwaliły się (oba naraz!) buty. Stare i schodzone zostały w domu a do Rumunii zabrała inne, porządnie wyglądające, prawie wcale nie używane. No to właśnie zostały użyte do cna, dlatego nazajutrz zeszliśmy z Retezatu.

Oczywiście nie od razu! Czekały nas jeszcze pewne trudności i liczne zachwyty – te przeważyły, dlatego z tym większym żalem Retezat opuszczamy. Najpierw karkołomna jak zwykle ścieżka, sprowadziła nas w dolinę potoku Bucura, porosłą wspaniałymi okazami limb, otoczoną masywem Peleagi i Slăveiu (2342 m.). Dorotka szczególnie cierpiała, bo jej buty nadawały się już tylko do wyrzucenia; przypominała teraz szerpańską kobietę, która z braku obuwia przewiązuje nogi sznurem, a za podeszwę służy kawałek opony wycięty w kształt stopy…

Po dłuższym czasie dotarliśmy do Gura Bucurei – miejsca u zbiegu dwóch dolin, położonego w absolutnie odludnym i odległym miejscu. Gdybyśmy stąd wybrali się doliną rzeki Lăpușnicu Mare i Râul Mare, w dół do najbliższej miejscowości (Brazi) doszlibyśmy po ponad 45 kilometrach…

Zamiast tego przez Șaua Plaiu Mic (1879 m.) przekroczyliśmy grzbiet, łączący Mały i Wielki Retezat. To co nas zastało w tym miejscu o bardzo ładnej nazwie, było kwintesencją wszelkiego piękna, jakie w górach można zastać. Z niewielkiej, cudownie pochyłej połoninki otoczonej kosodrzewiną otworzył się widok na góry wszelkiego rodzaju: skaliste, lesiste, polodowcowe, obłe, smukłe, łagodne, ostre, ogromne albo postrzępione, misternie odcinające horyzont. Na połonince pasło się stado koni, mających za wodopój dwa bezodpływowe, głośno kumkające żabami Tăurile Păpușii. Wszystko to na wysokości około 1900 metrów.

Pionowe zejście zwiodło nas potem do przemiłego schroniska Cabana Buta, gdzie pojedliśmy ciorbę i napawaliśmy koniecznymi płynami. W międzyczasie zjawił się tu 22 – letni Andrei, mieszkaniec Cluj – Napoca, pracujący na co dzień w obserwatorium meteo na szczycie Vlădeașa (najw. szczyt Munții Apușeni). Odbyliśmy z nim następnie około 2 godzinne przejście doliną rzeki Buta, z cabany niemal do Cămpu lui Neag. Gdyby nie to, że przez cały czas gadaliśmy (i ja też) po angielsku na tematy od politycznych po legendy staroczeskie (!), przejście monotonną leśną drogą byłoby dla nas męczeńskie.

Było dość późne sobotnie popołudnie, gdy Dorotka i ja zeszliśmy z Retezatu na skraj miejscowości Cămpu lui Neag. Wydostać się z tego odległego miejsca czymkolwiek i dokądkolwiek o tej porze to pomysł niezbyt skazany na sukces. Celem na teraz było Petroșani – miasto, węzeł komunikacyjny, odległe od nas o ponad 40 kilometrów. Stamtąd mieliśmy się wydostawać dalej, gdzie chcieliśmy.

Lecz zamiast dotrzeć gdzie było planowane, czekało nas tu nieplanowane bardzo miłe zaskoczenie. Nie złapaliśmy stopa do Petroșani, bo kto jechałby stąd aż tam o tej porze?… Ale potem na nasze machnięcie zatrzymały się dwie panie. Starsza około 60 – ki, młodsza około 30 – ki. Nie podwiozły nas nigdzie…

– dokąd wy właściwie jedziecie?

Po kolei wymieniłem o co nam chodzi i dokąd to chcemy się z Dorotką dostać.

– nieee, uśmiechnęła się starsza z nich – Angela, Cozmina jej zawtórowała: my jutro jedziemy do Alba Iulia to was tam zawieziemy, a teraz chodźcie na noc do nas, do domu!

I tak tę noc, zamiast nie wiadomo gdzie, spędziliśmy pod gościnnym dachem obu pań. Starsza z nich prowadzi firmę handlującą drewnem, młodsza jest w tej firmie managerką.

-słuchajcie!, mówią do nas. My musimy jeszcze coś załatwić i niedługo (niedługo? za jakieś 2 godziny…) wracamy! Zrobimy zakupy… Coś potrzebujecie? Tak? Dobrze! A tu w lodówce macie jedzenie… Itp, itd. Kuchnia? Proszę! Łazienka obok. Avram chyba zaraz ją naprawi…

Zanim Angela i Cozmina wróciły, towarzystwa dotrzymywał nam Avram – sąsiad z niedaleka, który za nieobecności obu pań coś tam majstrował przy elektryce a potem ucięliśmy sobie pogadankę polsko – rumuńską, do późnego wieczora również w towarzystwie obu pań.

Nazajutrz sytuacja trochę się skomplikowała. Angela i Cozmina miały jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia i o umówionej porze do Alba Iulia jechać nie mogły, lecz koniec końców pomogły nam bardzo.

Około dwunastej zatrzymały koło domu busa. Angela (do kierowcy) – masz tu za nich pieniądze na bilet i pomóż im się dostać do Petroșani! Do nas – weźcie to na drogę, i jeszcze to… Angela, nie, no co Ty?!… Weźcie! 😉 Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w busa.

Z przesiadką w Uricani dojechaliśmy do Petroșani. Droga wiodła dość ponurą, do niedawna górniczą okolicą węglowego zagłębia Petroșani, mającą jednak przepiękne położenie w dolinie Ju de Vest, nad którą o ponad 1000 metrów wznoszą się  Munții Tulișa i Munții Vâlcan. W Petroșani nie mieliśmy zbyt wiele czasu do namysłu, bo przypadkiem odkryłem, że zaraz jedzie stąd bus do Simerii. Wprawdzie był pełen ludzi, ale i my się zmieściliśmy. Kierowcy rumuńskich busów powinni w tych swoich środkach lokomocji rozważyć założenie okien dachowych dla pasażerów na stojaka. Byłoby przyjemniej spędzić telepaninę, gdyby zamiast dachu wozu widać było piękne i wielkie górska, jakie właśnie mijaliśmy jadąc do Simerii doliną rzeki Strei.

No nic, przynajmniej w pociągu z Simerii było cokolwiek widać, a i sporo czasu minęło zanim z niego wysiedliśmy, kończąc w miasteczku Teiuș przejażdżkę komunikacją zorganizowaną.

Było przed wieczorem i akurat po przejściu potężnej burzy, gdy z Teiuș wyszliśmy na okazję – może ktoś nas podwiezie?…

I znowu, z nawiązką, przekonaliśmy się o życzliwości ludzi. Najpierw do Geoagiu de Sus wziął nas tato z dzieckiem, potem, aż do Cabana Rămeț zostaliśmy podwiezieni przez dwójkę przemiłych ludzi, którzy w tą stronę nie mieli po drodze…

Tak czy owak – witamy w Munții Trascău!

 

RUMUNIA – DOJAZD PRZEZ PARDUBICE I WIEDEŃ

Na tegoroczne wakacje również obiecaliśmy sobie Rumunię i tę obietnicę sobie spełniliśmy.

Rok temu jechaliśmy przez Zakarpacie, tym razem przez Czechy, Austrię i Węgry (te ostatnie w środku nocy). Jak wówczas tak i teraz – komunikacją zbiorową i autostopową, na której w Rumunii znów się nie zawiedliśmy.

U naszych południowych sąsiadów dłuższy postój – przesiadkę zrobiliśmy w Pardubicach mając wreszcie czas na zwiedzenie miasta z centrum o obliczu przeważnie gotycko – renesansowym, choć i neorenesansu nie brak – weźmy tutejszy ratusz. Oblicze Pardubic kształtowało się przez stulecia, ale najważniejszy bodaj był wiek XVI, gdy ród Pernštejnů przebudował małe dotąd i prowincjonalne miasteczko w porządną rodową rezydencję. Z tego okresu pochodzą między innymi fortyfikacje miejskie i zamek. Jaki był rodowód  Pernštejnů, o tym słówko w galerii.

Następnego dnia rano opuściliśmy Pardubice i dłuższy czas, do kolejnej przesiadki, poświęciliśmy odwiedzinom Wiednia. Dłuższy czas był i tak za krótki, aby kolejny raz przyjrzeć się naddunajskiej metropolii. Do tego musieliśmy przeczekiwać potężną ulewę jaka nas zastała na Schwarzenbergplatz. Miejsce jest znane z pomnika Eduarda Suessa (1831 – 1914), wybitnego geologa – tektonika, który jako pierwszy uważał że istniał ląd, nazwany przezeń Gondwaną. Tak naprawdę większość ludzi nie przykłada do tego większej miary i kojarzy Schwarzenbergplatz z pomnikiem żołnierzy radzieckich…

Jeśli Wiedeń to i kawa! Taką też pauzę na zwiedzanie miasta zrobiliśmy a dokończyliśmy wizytą pod domem Hundertwassera. Mieszkać w nim to pewnie skarb, ale i kłopot. Dzień w dzień pod domem wystają tłumy, chętne ujrzeć to ekologiczne cudo architektury. Wszyscy robią zdjęcia, każdy chce zajrzeć wszędzie, żadnego tu spokoju nie ma.

Około 19.00 z nowego wiedeńskiego dworca głównego odjechała „Dacia”. Nie samochód lecz pociąg, jadący bezpośrednio do Bukaresztu. Spędziliśmy w niej… w nim kolejne godziny, aż następnego dnia rano w Devie przywitaliśmy Rumunię!

Niebo zwiastowało deszcz…

MAŁY APEL DO ORGANIZATORÓW WYCIECZEK I WAKACYJNYCH WYJAZDÓW DZIECI I MŁODZIEŻY

Spotykając się z różnymi grupami dziecięco młodzieżowymi słucham od ich opiekunów, co już zobaczyli i zobaczą podczas dłuższego czy krótszego pobytu w naszej okolicy i jakie mają plany wycieczkowe dla swoich podopiecznych.

Co się z tym dokładnie łączy to program wycieczki, jaki do realizacji dostaje przewodnik od organizatora i który bardzo często trzeba zmodyfikować, aby się do realizacji nadawał w określonym czasie. Przeważnie kompromis udaje się wypracować, chyba że uparty klient (z Wielkopolski wschodniej) prosi o pomoc w organizacji 4 dniowej wycieczki na trasie: Jesioniki (góry i „miasteczko”) – Praga – uzdrowiska zachodnioczeskie – Brno, takie zapytanie dostałem w marcu/kwietniu tego roku.

Pogranicze śląsko czeskie jest celem milionowych rzesz turystów zorganizowanych indywidualnie lub zbiorowo. Lecz gdy zajrzeć w szczegóły okazuje się, że sporo wycieczek u nas śpi a zwiedza miejsca odległe. Tak jakby nizinnej i górskiej części Dolnego Śląska czy pogranicznym regionom u naszych południowych sąsiadów brakowało uroku, atrakcji, okazji do wspaniałego spędzenia każdego czasu. To oczywista herezja.

Dlatego aby jej uniknąć mam (jak w tytule) małą sprawę do organizatorów wyjazdów dzieci i młodzieży. Trzeba poświęcić im więcej uwagi i porządnie te wyjazdy przemyśleć! Młodzi ludzie dopiero uczą się a podróże kształcą. Owszem, wiadomo – te wakacyjne służą ich wypoczynkowi.

Chyba że wcale nie chodzi o to, żeby czegoś się dzieci nauczyły i wypoczęły.

Tymczasem co słyszę? Oto fragment niedawnej rozmowy (z opiekunką/organizatorką kolonii która przyjechała na Ziemię Kłodzką z Zachodniopomorskiego):

– No tak, kończycie turnus, ale byliście na Przełęczy Spalonej czy gdzieś w okolicy?

– Tak, oczywiście!

– A wie Pani, że niedaleko jest Torfowisko pod Zieleńcem? No i wiele ładnych miejscowości (i tu posypałem nazwami znanych zakątków Ziemi Kłodzkiej), można to pięknie zwiedzić, przejść się tam…

– Nie, tam jeszcze nie byliśmy… Ale będziemy w przyszłości!

– A może podziemia Riese, Twierdza Kłodzka, Srebrna Góra czy (tego nie mogłem ominąć!) Zamek Książ, Wałbrzych, Stara Kopalnia?… (oraz wiele innych)

– No tak, o Zamku Książ słyszeliśmy. Resztę Pani pominęła milczeniem, i dodała: ale dzieci miały porządną całodniową wycieczkę do Energylandii! (Zator koło Oświęcimia)

Teraz i ja sobie pomilczałem.

Panie i Panowie organizatorzy, właściciele biur podróży, nauczyciele – kierownicy wycieczek szkolnych. Dolny Śląsk, Sudety, bliskie nam regiony Czech, czy wspomniana Ziemia Kłodzka są naprawdę bardzo piękne, a wiele miejsc posiada walory wybitne! Dlatego wysilcie się i zorganizujcie dzieciom coś U NAS i dopasowanego dla nich. Może to być coś, co zamieściłem na fotkach poniżej, albo mnóstwo innych zakątków, których ta mała galeria nie ma prawa pomieścić.

Zapraszam do obejrzenia, a gdyby w te strony potrzebowali Państwo przewodnika – nieustannie zapraszam do współpracy!

 

 

CZESKI RAJ, CZECHY PÓŁNOCNE. WYBITNE DZIEŁA PRZYRODY NIEOŻYWIONEJ I CZŁOWIEKA

Co się dzieje na bieżąco – wspominam również tu

FINAŁ OPOWIEŚCI O NIESZCZĘSNEJ ELIŠCE KATEŘINĚ SMÍŘICKÉ I JEJ ZŁEJ SIOSTRZE MARKETĚ

… Uwolniona z Kumburka Eliška Kateřina wykonała testament ojca i wraz ze swym Otto z Vartemberka zamieszkała w Jičínském zamku.

Jednakże mąż Elżbiecinej siostry Małgorzaty Salomei, pan Jindřich Slavata z Chlumu nie zamierzał odpuścić i zagroził Ottowi i Małgorzacie sądem. Otto zdając sobie sprawę że Slavata skorumpował praskich sędziów, jak tylko mógł odwlekał wyjazd do stolicy.

Eliška tymczasem próbowała ułożyć się ze swą siostrą – daremnie. Mało tego, Małgorzata Salomea najęła płatnego mordercę, aby ten otruł jej starszą siostrę. I tutaj do całego sporu włączył się sam król zimowy, Fridrich Falcký (Fryderyk Palatyński), na którego żądanie Otto z Vartemberka musiał do Pragi przybyć. Przekupiony sąd oczywiście uznał racje pana Jindřicha i zołzowatej Elżbiecinej siostry; Eliška i Otto zostali zmuszeni do zwrotu majątku.

1 lutego 1620 roku w Jičíně pojawili się członkowie komisji królewskiej – Rudolf ze Štubenberka, Adam Bohdanecký z Hodkova i Ladislav Bukovský z Oseče, oraz dwaj podkomorzy z archiwum ksiąg ziemskich. Komisja najpierw odwiedziła Radę miasta, którą przymuszono, aby oddała się pod opiekę Małgorzaty Salomei, następnie wszyscy poszli na zamek wyegzekwować wyrok sądu na Elišce Kateřině i Otto z Vartemberka.

Mimo Elżbiecinych łez, rozpaczy i oporu straży zamkowej, królewscy komisarze rozpoczęli inwentaryzację wnętrz. Nasza bohaterka zdecydowała się na krok ostateczny, w piwnicy znajdował się magazyn prochu.

Wkrótce Jičínem wstrząsnęła potężna eksplozja. Połowa zamku wyleciała w powietrze a wraz z nią wszyscy znajdujący się akurat wewnątrz. Zginęło kilkadziesiąt osób, wśród nich gapie zgromadzeni na Rynku, obserwujący całą awanturę.

Taka jest oficjalna wersja, lecz po prawdzie do dziś nie wiadomo, czy to rzeczywiście Eliška Kateřina nakazała podpalić ten proch, czy raczej zrobił to jakiś pijany żołnierzyna biorący udział w tym ponurym wydarzeniu.

Wszystko to działo się tuż przed Białą Górą. Po niej sądnych dni doczekała się okropna Małgorzata Salomea, ponieważ jej majątek został skonfiskowany a ona sama, owdowiała (pan Jindřich Slavata z Chlumu zginął w eksplozji), zmarła w samotności, biedzie i zapomnieniu gdzieś na emigracji.

OPOWIEŚĆ O NIESZCZĘSNEJ ELIŠCE KATEŘINĚ SMÍŘICKÉ, JEJ ZŁEJ SIOSTRZE MARKETĚ I KILKU INNYCH WAŻNYCH A NIE WIDZĄCYCH ŚWIATA POZA SOBĄ

Rzecz zaczyna się na zamku Kumburk inaczej zwanym Goldenbergiem. Oprócz tego że właśnie tu rozegrała się rodzinna tragedia, założenie jest interesujące architektonicznie. Mury zamku nie tworzą bowiem pierścienia zamykającego całe założenie, lecz spiralę. Wróg aby zdobyć zamek musiał forsować nie tyle mury co odcinek po odcinku tej spirali.

Na początku 17. wieku zyskał Kumburk pan Zikmund Smířicky, który na zamku nie mieszkał, lecz traktował go jako więzienie. Nie są znane nazwiska przestępców w nim osadzonych, z jednym wyjątkiem… córki Zikmunda, pani Elišky Kateřiny (Elżbiety Katarzyny)  Smířické. Tato ukarał córkę bo ta, zamiast zakochać się w równym sobie co do urodzenia arystokracie, zapałała uczuciem do mieszkającego w okolicy pasterza owiec. Ostatecznie pan tato okazał łaskę i chciał nieszczęsną Elę uwolnić, lecz nie zdążył z decyzją – zmarł.

Niestety, uwięzienie Elżbiety bardzo było na rękę jej młodszej siostrze – Małgorzacie Salomei, która dobrze wiedziała że dopóki Elżbieta jest w więzieniu, majątek po ojcu przypadnie jej. Aż pewnego razu zjawił się Otto z Vartemberka i obiecał Elżbiecie że ją zza krat wyciągnie, jeśli tylko przysięgnie że zostanie jego żoną. Dziewczę dokonało wiadomego wyboru…

…Ale tu historia się nie kończy, dalszy ciąg nastąpi wkrótce.

 

JIČÍNSKO – NIEDOKOŃCZONY SEN ALBRECHTA Z VALDŠTEJNA, ORAZ INNE, ZNANE I NIEZNANE REWELACJE TEJ KRAINY, ODWIEDZONE Z OKAZJI DNIA DZIECKA

Początek czerwca to dobra okazja na wycieczki rodzinne połączone z biwakiem. Długie dni pozwalają na całkowity brak pośpiechu przed zmrokiem a ciepłe noce zachęcają do skorzystania z namiotu. Dzięki tym wszystkim zbiegom okoliczności zobaczyliśmy dużo, pięknie, z zewnątrz i od wewnątrz.

Na początek i na koniec wycieczki – Jičín, niedoszłą stolicę  i miasto – rezydencję Albrechta z Valdštejna – awanturnika, boga wojny (30 letniej), człowieka o ambicjach sięgających szczytów władzy. Był wybitny i okrutny zarazem. Miłośnik architektury i sztuki, wielki znawca sztuki wojennej. Dla zdobycia sławy, bogactwa i wpływów poświęcił wszystko. Często działał wbrew swoim dawnym przekonaniom, nie mówiąc o przekonaniach innych ludzi, z którymi się nigdy nie liczył, chyba że widział w tym zysk dla siebie. Miał wielu zwolenników (czy aby na pewno?) i może jeszcze więcej wrogów (to pewne było). Życiowe hasło Albrechta: INVITA INVIDIA –WBREW ZAWIŚCI, świadczy o wielkiej pewności siebie, dla której zasłoną była udawana pokora. Zdobył wszystko z wyjątkiem ludzkiej przyjaźni i cesarskiej korony. Był szanowany, albo się go obawiano. Skończył z piętnem zdrajcy, marnie i przedwcześnie. Jego 51 letni życiorys starczyłby dla sporej grupy ludzi.

Po Albrechcie z Valdštejna pozostało wiele obiektów w różnych miejscach  Czech północnych i zachodnich. Pieniądze na to zdobył drogą intryg, malwersacji, rozboju, zdobywania za bezcen olbrzymich majątków po szlachcie czeskiej zmuszonej do emigracji po Białej Górze. W Pradze wybudował sobie pałac, którego wielkość miała przyćmić nawet siedzibę władcy, stojącą na nieodległym wzgórzu. W północnych Czechach stworzył państwo w państwie, wyjęte spod królewskiego prawodawstwa – ziemię szczęśliwą – terra felix – księstwo Frydlantskie.  Jego głównym ośrodkiem miał stać się Jičín; powstały tu budowle w ulubionym przez Albrechta z Valdštejna stylu renesansu włoskiego, zbudowane według astrologicznych przesłanek i powiązanego z nimi, czytelnego planu, z którym najpewniej wiele wspólnego miał horoskop zestawiony dlań przez Johannesa Keplera w 1608 roku.

Lecz nie tylko postać Albrechta z Valdštejna towarzyszyła nam podczas wędrówki tą piękną krainą, bo oprócz Jičína odwiedziliśmy miasteczko Sobotka i jego okolice.

Nad miasteczkiem góruje Humprecht. To jednocześnie nazwa zamku i imię arystokraty – Humprechta Jana Czernina, który pod koniec lat 70. XVII wieku wybudował na wzgórzu koło Sobotky swą łowiecką siedzibę. 60 lat później zamek przeszedł do majątku rodu Netolickych. Co po nich zostało – obejrzeliśmy wewnątrz Humprechtu. Największe wrażenie robi tutaj sala akustyczna, olbrzymie i oszczędne w wystroju wnętrze, bo nie o wystrój tu chodzi. Dekoracją sali jest dźwięk, który niesie się zwielokrotnionym echem od źródła – ludzkiego głosu. Zapewne o to Humprechtowi Czerninowi chodziło – wywrzeć potężne wrażenie na swoich gościach, tu z honorami przyjmowanych.

Okolice Sobotky to malownicza kraina w której znajdują się liczne przykłady drewnianej architektury, tworzące w kilku miejscowościach zwarte zespoły nie zakłócone współczesnością. Właśnie one w połączeniu z lekko sfalowanym, leśno – polnym krajobrazem, tworzą zaciszny i dający wspaniale pobyć český venkov. Od nas na wyciągnięcie ręki, prawie nieznany i piękny. W Polsce takich miejsc, czyli małych miejscowości o jednolitej architekturze nie ma. Nawet we wschodniej połowie naszego kraju, gdzie drewnianej zabudowy było mnóstwo, lecz albo niszczeje, albo jest wyremontowana i stała się plastikowa z dodatkiem blachy.

Dalszym celem wycieczki były odwiedziny Trosek, czyli ruin średniowiecznego zamku, postawionego w 2 poł. XIV w. przez Čeňka z Vartemberka, Budowa była na tyle kosztowna, że pod koniec życia Čeněk z Vartemberka musiał oddać zamek królowi Wacławowi IV, swemu największemu wierzycielowi. Król potem zamek sprzedał rodowi Otty z Bergova. Podczas wojen husyckich budowla została zdewastowana, potem przechodziła z rąk do rąk nie odzyskawszy swego militarnego znaczenia, choć w połowie XV wieku była gniazdem raubritterów. W wieku XIX Trosky starał się odbudować hr. Alpis Lexel z Ahrentalu. ale przedwczesna śmierć położyła kres jego zamiarom. W dwudziestoleciu międzywojennym o Trosky starał się KČT, po wojnie remontów było kilka.

Wszystko to brzmi „jak zwykle” co dotyczy zamków średniowiecznych, tymczasem Trosky – zamek i wzgórze to jeden z symboli czeskiego krajobrazu. Zamek składa się z dwóch częściowo zachowanych wież, postawionych na niemal niedostępnych bazaltowych iglicach. Pionowe skały świadczą o (całkiem niedawnym) kierunku wypływu lawy, z daleka i bliska wyglądają jak diable rogi. One to tworzą dominantę krainy i idealny motyw widokówkowy.

Zanim wróciliśmy do domu, obejrzeliśmy dzieło techniczne i architektoniczne – zaporę wodną Les Království, znajdującą się już poza Czeskim Rajem. Koronę zapory zamykają symetrycznie rozmieszczone baszty, wyglądające jak bramy miasta średniowiecznego, którego tu brak. Może miasto znajduje się na dnie jeziora, powstałego z okiełznania Łaby? Na wszelki wypadek nie sprawdzaliśmy.

Na wycieczce nie mogło zabraknąć wspomnienia o Rumcajsie, którego dom – ševcovna, do dziś stoi w Jičíně. I temu miejscu poświęciliśmy sporo czasu, nie mówiąc o wczorajszej wizycie w Jičínským muzeum regionalnym i tamtejszej wystawie czasowej pt. „Magiczna stajnia – sztuka stajenna artystów niegalopujących, albo wystawa do obejrzenia, odegrania, odkrycia”. Może zamiast po polsku czeski tytuł w oryginale, będzie łatwiej zrozumieć:  „Konírna imaginární“ – výstava k vidění, hraní a objevování aneb ustájené umění nevycválaných umělců.  Póki jest (do 16 września b.r.), bardzo polecam, i dużym i małym.

To o czym wspomniałem jest ledwo namiastką atrakcji tej krainy. Polecam raz jeszcze i zapraszam do obejrzenia kilku fotek.

 

 

 

DREZNO I CZESKI RAJ A POMIĘDZY NIMI – PORANEK NA WYSOKIM KAMIENIU

Z młodzieżową reprezentacją Lubelszczyzny w stolicy Saksonii i Czeskim Raju. Nieco stamtąd i zowąd w galerii.