KRAJOZNAWCZO U STÓP SUDETÓW WSCHODNICH

Słuszny pomysł tego wyjazdu kiełkował od powrotu z pierwszych (rowerowych) odwiedzin trzech słupów dawnej granicy św. Jana. Wtedy, czyli 30 czerwca 2005 odwiedziłem z Michałem te, znajdujące się na rozstajnych drogach i wśród pól między Starczówkiem, Lipnikami a Chocieborzem. Teraz, jedenaście lat później ruszyliśmy na poszukiwania dalszych; nie sami, lecz w towarzystwie Mani i Wojtka, rozpoczynających zimowe ferie. Odwiedziny trzech kolejnych znanych nam słupów będą ważnym, choć jednym z wielu epizodów krajoznawczych, które nastąpią przez cztery dni w szerokiej okolicy wschodniej części Przedgórza Sudeckiego. Ruszajmy zatem – przed nami sporo atrakcji!

Pierwszy postój nastąpił w Zwróconej u stóp kościoła św. ap. Piotra i Pawła, którego znaczne walory pozostały przed nami ukryte za zamkniętymi drzwiami. Chodzi szczególnie o drewnianą, XVI wieczną figurę tzw. Madonny z Brodziszowa i inną dekorację rzeźbiarską. W zamian przyjrzeliśmy się kościołowi, choćby z zewnątrz, zwłaszcza że posiada malowniczą bryłę dzięki dwóm, przylegającym od południa kaplicom.

Dłuższą chwilę potem brnęliśmy przez zroszone odwilżą pole wschodzącego rzepaku, aby dotrzeć do pierwszego z zaplanowanych na dziś słupów dawnej granicy księstwa wrocławskiego i biskupiego księstwa otmuchowsko – nyskiego. Nasze poszukiwania były owocne, choć dziś wieczorem czeka nas wielkie pranie spodni i czyszczenie butów. Udało nam się odwiedzić i kolejny. Szczęśliwie, dojście do niego nie prowadzi przez pola orne na wskroś lecz duktami i miedzami. Jeden z takich duktów, dziś niknący wśród pól i zagajników, to ślad dawnej głównej drogi handlowej, łączącej Wrocław z Nysą. Droga nie przetrwała, dawna granica św. Jana owszem tak – dziś pozostałe po niej słupy wyznaczają kilkunastokilometrowy odcinek granicy województwa dolnośląskiego i opolskiego.

 Po odwiedzinach tego kolejnego, pięknego pomnika przeszłości obejrzeliśmy chylący się ku upadkowi XIX wieczny dwór w Samborowicach.

Odwiedziny trzeciego kamienia granicznego z konieczności zostawiliśmy sobie niestety na później / kiedy indziej.

W drodze do Nysy zahaczyliśmy krajoznawczo o Reńską Wieś (XVII wieczny kośc. Św. Małgorzaty) i Frączków (pałac, w XIX wieku przebudowany w różnych neostylach, naśladujących barok i renesans).

Nysa przywitała nas oberwaniem mgły, zresztą przez cały dzień jest dziś szaro, dlatego znacznych zabytków tego miasta teraz nie zwiedzaliśmy. Weszliśmy tylko na obiad do restauracji „Pychotka” i koniecznie odwiedziliśmy nyską informację turystyczną, mieszczącą się w forcie św. Jadwigi.

Krótki (choć i tak dłuższy od najkrótszego w roku) lutowy dzień zwolna miał się ku końcowi, nasze dzisiejsze krajoznawstwo też. Odwiedziliśmy jeszcze neobarokowy kościół św. Marcina w Starym Lesie, potem w gęstniejącej szarości wieczoru dojechaliśmy do Pokrzywnej, gdzie zostaliśmy bardzo życzliwie przyjęci i potraktowani w schronisku PTSM – naszej czterodniowej bazie.

Kolejny dzień dostarczył nowych atrakcji, tym razem po drugiej strony granicy państwowej. Z pomocą rozmaitych środków czeskiej komunikacji zbiorowej odwiedziliśmy Osoblažsko – malowniczą krainę tworzącą wysunięty na północ terytorialny półwysep Republiki Czeskiej, otoczony Płaskowyżem Głubczyckim po stronie polskiej. Malowniczy rys tutejszego krajobrazu tworzą wzgórza Jindřichovské Pahorkatiny, która jest mikroregionem (cz. podcelkem) Zlatohorské Vrchoviny. Osoblažsko to rzecz jasna okolice Osoblahy (niem. Hotzenplotz), miasteczka gdzie znajduje się stacja (dla nas) początkowa wąskotorowej (760 mm rozstawu) linii kolejowej do Tremešné ve Slezsku. Ten środek komunikacji tak naprawdę jest celem samym w sobie naszych dzisiejszych odwiedzin Českého Slezska, osią przy której znajdują się inne miejsca, które zamierzamy dziś odwiedzić.

Rozpoczęliśmy od wspomnianej już Osoblahy. Miasteczko pod koniec II wojny światowej zostało wyzwolone spod okupacji hitlerowskiej jako pierwsze na terytorium Czech. Niestety w 80 procentach, zostało zniszczone a jego dzisiejszy wygląd to efekt powojennej nowo – budowy. Hotzenplotz zostało zrównane z ziemią, na jego miejscu powstała Osoblaha – miasteczko z centralnym placem, kiedyś rynkiem, dziś zamkniętym monotonią socjalistycznych pierzei.

Znacznych pamiątek w Osoblaže brak, z wyjątkiem jednej – cudem (choć we fragmencie) przetrwałego cmentarza żydowskiego. Zachowanych jest tutaj ponad 300 macew, kilka z nich pochodzi nawet z końca XVII wieku. Wiele z nich – barokowe, wykonane pod wpływem polskiej tradycji żydowskiej, to prawdziwe unikaty na skalę Czech. Cmentarz położony jest po północnej stronie miasteczka na stokach wzgórza opadającego w dolinę rzeki, też  Osoblahy. Znajdował się w cieniu synagogi, która w 1933 została zniszczona.

Oprócz cmentarza obejrzeliśmy resztki XVI wiecznych fortyfikacji miejskich i ładną żeliwną fontannę z XIX wieku, stojącą pośrodku rynku. Potem podjechaliśmy na stację kolei wąskotorowej a reszta dnia przebiegła według przedstawionego niżej rozkładu jazdy i zsynchronizowanego z nim rozkładu chodu.

  1. Osoblaha 9.50 – Tremešná ve Slezsku 10.37. Niewiele brakowało, aby podróż Osoblažkou zakończyła się porażką. Pan konduktor nie miał wydać z banknotu tysiąckoronowego (mieliśmy zapłacić 81 Kc) i zaczęły się problemy: „musimy pojechać do Albrechtic albo do Krnova, tam kupić bilet a jak nie to wysiadka w Bohušově”. Ale my dziś nie będziemy ani w Krnove ani w Abrechticích. Nastał pat. Wreszcie pan konduktor zgodził się przyjąć równowartość 81 Kc w złotówkach, choć chwilę wcześniej chciał w euro… Michał miał to euro ale (chyba na szczęście) znów za grube. Drobne mieliśmy w złotówkach, ale pan nie znał (?) kursu korony do złotówki i się wzbraniał, w końcu uległ, gdy mu szczegółowo pokazałem przeliczenia na kalkulatorze. Sprawa była załatwiona, lecz pan po chwili stwierdził: ja nemohu se na vás obohatit! I złotówki nam oddał… Uznał przy tym: ja věřim tomu, že jste opravdu chtěli zaplatit cestovné. Jestli nemáte teže odpočitané částky, ja vám jí tenkrát odpustím. Ted’ vám přím hezký výlet Osoblažkou a krasný den! Hezkou návštěvu památek! Ja ze swej strony mu przyrzekłem, że zapłacimy za ten przejazd, gdy będziemy wracać po południu Osoblažkou, ale facet się z tego tylko uśmiał. Trasa Osoblažky jest przeurocza, o czym przekonuję się o tym po raz drugi w życiu. Dzieciom też podoba się bardzo! Oprócz tego – nigdy nie powiem i nie pozwolę nikomu mieć złego zdania o Czechach.
  2. Tremešná ve Sl 11.13 – Liptaň 11.30 (autobus Osoblažské Dopravní Společnosti). Na południe od tej uroczej miejscowości wznosi się Kobyla [574 m.] – najwyższe wzniesienie Jindřichovské Pahorkatiny. My jednak idziemy dokładnie w przeciwną stronę, na Stráž – wzgórze z wieżą widokową, z której nasz wzrok sięga obszaru od Ślęży przez dolinę Odry po Chełm. Szerszy widok na południe zasłaniają drzewa, co jak na czeskie wieże widokowe wydaje się ewenementem. Po powrocie do Liptani wsiadamy w kolejny autobus…
  3. Liptaň 13.03 – Slezské Rudoltice 13.23 …i jedziemy do miejscowości, znanej ze Slezského Versailles. Tak po XVIII wiecznej przebudowie był nazywany tutejszy pałac, poważnie zniszczony podczas II wojny światowej, odbudowany częściowo (dwie z pięciu kondygnacji) i możliwy do obejrzenia – od czerwca do września… Zatem po intensywnej z zewnątrz sesji fotograficznej miło, choć w pośpiechu, spędzamy czas na obiedzie w sympatycznej knajpce Dobre Bidlo.
  4. Slezské Rudoltice 14.32 – Bohušov 14.50. I znów autobusem, zahaczając o miejscowości leżące tuż przy granicy z Polską (Hrozová, Rusín, Matějovice) dojeżdżamy do Bohušova, położonego u stóp wzgórza zwieńczonego ruinami zamku Fulštejn. Tam idziemy i… nie dochodzimy do celu. Szlak przekracza rzekę brodem, który w lecie nie byłby problemem. Zima wprawdzie jest ciepła, ale wątpliwe czy dzieci mają ochotę kroczyć w nurcie wody o temperaturze kilku stopni Celsjusza. Oczywiście twierdzą że chcą! Na wszelki wypadek Michał i ja nie wierzymy w to zapewnienie. W imieniu całej grupy zostaję wysłany z delegacją na zamek. Udaje mi się po drewnianej kłodzie jakoś przedostać na drugi brzeg i odwiedzić ruiny, podobne wielkością do wałbrzyskiego Nowego Dworu. Potem wszyscy wracamy do Bohušova i na stacyjce czekamy na nasz opóźniony, wąskotorowy środek (cel) lokomocji.
  5. Bohušov 16.20 – Osoblaha 16.30. Nie podejmuję rozmowy z nowym panem konduktorem na temat naszego długu wobec Českých Drah, bo bym się z tego słownie nie wykaraskał. Tym razem płacimy za przejazd ile trzeba. W Osoblaže robię ostatnie zakupy, po czym w niedługi czas wracamy do naszego sympatycznego lokum w Pokrzywnej.

Dziś czyli w środę, celem naszych odwiedzin są miejscowości na Płaskowyżu Głubczyckim, z braku środków komunikacji zbiorowej dostępne prawie wyłącznie komunikacją prywatną. Pierwszą z takich miejscowości są Racławice Śląskie, gdzie odwiedzamy umierający dworzec kolejowy na dawnym węźle magistrali podsudeckiej z linią głubczycko – raciborską. Wewnątrz dworca wisi tablica z napisem „Racławice Śląskie – sołectwo pełne pary”. Pary z parowozów? Jeżeli tak, to ona już dawno uleciała w atmosferę i bierze udział w obiegu wody w przyrodzie. Obiegu składów kolejowych brak. Magistrala podsudecka jest na wpół rozpadła ale wciąż w ruchu, linia głubczycka zapomniana i nie używana w ogóle. Pozostały budynki, budowle inżynieryjne, jedną z nich jest 130 metrowej długości most na Osobłodze. To prawdopodobnie najdłuższy w Polsce jednoprzęsłowy most kolejowy, na którego konstrukcji wzorowali się budowniczowie mostu nad Jeziorem Pilchowickim koło Jeleniej Góry. Most odwiedzamy opuszczając Racławice Śląskie w drodze do Głubczyc. Tu zatrzymujemy się na dłuższy czas.

Głubczyce jako osada na granicy Moraw i Śląska, tworzonej przez rzekę Psinę, były znane od początku 12 wieku. Po zniszczeniach dokonanych przez Mongołów w 1241 roku Głubczyce zostały odbudowane na lewym (północnym) brzegu rzeki. Nie jest dokładnie powiedziane, kiedy Głubczyce otrzymały prawa miejskie. Faktem jest, że w latach 60 XIII wieku czeski król żelazny i złoty, Přemysl II Otakar potwierdził i rozszerzył prawa miejskie oraz darował miastu las, do dziś noszący nazwę Lasu Głubczyckiego. Zapewne w czasie nowej lokacji rozplanowano układ ulic i zabudowy z jedynym w swym rodzaju rynkiem w kształcie ćwiartki koła. Kształt rynku przetrwał do współczesności, stara zabudowa niestety nie. To efekt II wojny światowej. Głubczyce, jak odwiedzona wczoraj Osoblaha, zostały obrócone w perzynę. Tuż po wojnie okolice miasta były obszarem polsko – czechosłowackiego sporu granicznego, pełnego dramatycznych akcji i zwrotów wydarzeń. Rozstrzygnięcie sporu nastąpiło w roku 1947, Głubczyce znalazły się w państwie polskim.

Przechadzamy się tymczasem przez zrewitalizowane głubczyckie śródmieście, czyli wśród panelowych, wyremontowanych bloków w historycznym centrum, otaczających perły starej architektury. Jedną z nich jest gotycki kościół Narodzenia NMP, zwieńczony parą renesansowych wież. U ich stóp znajduje się piękny, bogato rzeźbiony gotycki portal schodkowy. Wewnątrz kościół jest potężną trzynawową halą, która obecny kształt i wyposażenie zawdzięcza przebudowie, dokonanej pod koniec 19 wieku i w latach 1903 – 19.

Po odwiedzinach kościoła zwiedzamy Muzeum Ziemi Głubczyckiej, mieszczące się w ratuszu, podniesionym z wojennych zniszczeń w latach 2006 – 2008. Z niedowierzaniem oglądam fotografie sprzed kilku lat i słucham co mówi Michał, zwiedzający te okolice rok przed odbudową ratusza. Wówczas środek Rynku był pustym placem, nad którym wznosiła się wieża, pozbawiona hełmu i pokryta odartym sgraffitem. Dziś w tym miejscu mamy gotycko – renesansowy blok śródrynkowy, zaś wieża jest punktem widokowym, z którego podziwiamy okolicę od Beskidu Śląskiego po Jesioniki i Górę Św. Anny.

Na koniec wizyty w Głubczycach odwiedzamy tutejszy dworzec, niedawno temu kolejowy. Dokładnie na początku 1855 roku doprowadzono do Głubczyc linię z Raciborza – jedną z pierwszych na Śląsku w ogóle. Dwadzieścia lat później linię przedłużono do Racławic Śląskich. Ciekawostką jest, że w 1989 roku zagrał w filmie „Triumf ducha” (Triumph of the Spirit, reż. R.M. Young, w głównej roli Willem Dafoe) ponieważ architektonicznie jest kopią dworca w Salonikach (Grecja), już wówczas nieistniejącego. Nieistnienie to dziś wspólna cecha obu odległych od siebie kolejowych zakątków.

Po odwiedzinach Głubczyc zatrzymujemy się we Włodzieninie. Na wzgórzu tuż za wsią znajduje się ruina kościoła św. Mikołaja, kiedyś będącego częścią zamku średniowiecznego. Po kościele, zniszczonym podczas II wojny pozostały fragmenty zewnętrznych murów i wieża, od 2011 roku widokowa. Teraz już wiem, że „W dni powszednie warto telefonicznie zapowiedzieć swoją wizytę (tel. 77 485 73 61, 485 70 78). Klucz od bramy wejściowej znajdziemy w najbliższym domu (pan Zbigniew Zapotoczny). Wstęp na taras widokowy jest bezpłatny. Zimą wieża będzie zamknięta , a w roku 2012 możemy się spodziewać z Urzędu Gminy w Branicach nowych informacji dla turystów odwiedzających Włodzienin”. Szkoda że takiej informacji nie zamieszczono na drzwiach od wieży, ale właściwie sprawa jest prosta – na drzwiach wisi kłódka, więc NIECZYNNE, po co nam wiedzieć dlaczego? Pałacu w Branicach,  znajdującego się tuż nad graniczną Opawą, również nie udało nam się zwiedzić, choćby z zewnątrz.

Po przekroczeniu granicy, owocniej, choć pobieżnie spędzamy czas w Krnově. Zwracamy uwagę przede wszystkim na renesansowy zamek, zbudowany latach 20 XVI wieku po zakupieniu państewka krnovského przez Hohenzollernów. Skutkiem różnych wojen z jego dawnej świetności pozostał tylko mur kurtynowy z krużgankiem, od strony dziedzińca ozdobiony pięknym sgraffitem. Gdyby nie Michał pewnie pominąłbym tą jakże piękną pamiątkę, choć w Krnově jestem nie po raz pierwszy.

Wszyscy zainteresowani czeskim przemysłem spożywczym (w tym Mania i ja) wiedzą o tym, że w Krnově znajduje się wytwórnia pewnego jedynego napoju, przez jednych uwielbianego, przez drugich nienawidzonego. Opuszczając Krnov odwiedzamy miejsce, gdzie to dobro powstaje od 1960 roku, skutecznie (przynajmniej w Czechach) konkurując z innym, znienawidzonym amerykańskim napojem, powodującym próchnicę i otyłość oraz skutecznym w walce z korozją metali.

Dzień kończymy zdobyciem podwójnej wieży widokowej na Hraničním Vrchu [536 m.], zbudowanej w roku 2011. Podwójnej, gdyż są to właściwie dwie wieże, połączone metalowym pomostem, rozpiętym na wysokości 25 metrów. Konstrukcja robi wrażenie, przypominając bramę wartowniczą na granicy jakiegoś totalitarnego państwa. Przede wszystkim wrażenie robi widok, choć dzisiejsza pogoda nie pozwala na pełne docenienie jego walorów. Docenione zostaną następnym razem, tymczasem pora kończyć. Wracamy więc do Pokrzywnej a po drodze zatrzymujemy się w Prudniku na porządną obiadokolację.

Prudnik raz jeszcze, i ostatni, zostaje przez nas odwiedzony dziś, na zakończenie czterodniowej eskapady. Najpierw oglądamy ekspozycje Muzeum Ziemi Prudnickiej, mieszczące się w dawnym arsenale a potem, boć to dzisiaj tłusty czwartek, objadamy się pączkami. Na koniec idziemy do wieży Woka – jedynej zachowanej pozostałości dawnego zamku, aby z jej wysokości przyjrzeć się miastu i okolicy.

Wieża Woka nosi imię swego twórcy – Voka I. z Rožmberka (nad Vltavou), założyciela miasta, którego król żelazny i złoty wyniósł do godności najwyższego marszałka Królestwa czeskiego, hetmana Górnej Austrii i Styrii. Splendory te były skutkiem jego udziału w wyprawach wojennych króla Přemysla II Otakara (wyprawa krzyżowa do Prus – 1255 r, atak wojsk czeskich na Bawarię dwa lata później, udział w bitwie pod Kressenbrunn – 1260, gdy Czesi srodze pobili Węgrów pod przywództwem króla Beli IV). W połowie XIII wieku dzisiejsza okolica Prudnika pozostawała bezpańska, owszem leżąca na ważnym szlaku handlowym z Nysy do Opavy. Król żelazny i złoty wziął te tereny w posiadanie i polecił założyć tu Nowe (jak naówczas) miasto (właściwie Nové Město), skąd pochodziła niemiecka nazwa Prudnika – Neustadt in Oberschlesien.

Miasto rozwijało się dzięki tkactwu i produkcji obuwia, dziś po dawnej działalności pozostało Centrum Tradycji Tkackich, przemysł zanikł.

Z Prudnika przemieszczamy się do Białej, gdzie odwiedzamy gotycko renesansowy kościół Wniebowzięcia NMP oraz wczesnobarokowy, niestety nieużytkowany pałac Pruszkowskich. Ród Pruszkowskich posiadał miasto od końca XVI wieku, a na początku XVII stali się oni właścicielami pałacu, który po rozbudowie stał się ich siedzibą na następne 150 lat.

Koleiny losu spowodowały że dziś ta potężna budowla coraz bardziej podupada, nie stając się miejscem szczęśliwego zbiegu okoliczności: finansów, pomysłu i dobrej woli.

Biała jest przedostatnim punktem naszych czterodniowych odwiedzin wschodniej części Przedsudecia. Na koniec jedziemy do Mosznej, gdzie z zewnątrz oglądamy pałac znany ze swych 99 wież i wieżyczek. Swoją malowniczą formę budowla zawdzięcza przebudowie, dokonanej po pożarze w 1896 roku. Właścicielem dóbr był wówczas Franz – Hubert von Tiele Winkler, któremu rok wcześniej cesarz Wilhelm II nadał tytuł hrabiowski. W latach 1911 – 13 dobudowano zachodnie skrzydło pałacu, specjalnie w tym celu, aby Jego Cesarska Mość miał gdzie godnie przenocować na czas polowań organizowanych dlań.

Kamienne mury pałacu wypełniają szarość dnia. Dzień wypełnia się i dla nas, dlatego po odwiedzinach Mosznej bierzemy kurs na Wałbrzych, dokąd dojeżdżamy w czasie przewidzianym warunkami drogowymi.