Z KURSEM PRZEWODNICKIM W GÓRACH KACZAWSKICH

Góry Kaczawskie i ich pogórze to zapomniany zakątek Sudetów. Niewielu przyjezdnych zdaje sobie sprawę, że takie pasmo górskie w ogóle istnieje. Spośród miejscowych, kto młody i życie przed nim – ucieka, bo tu nie ma perspektyw. Zostają ludzie starsi. Odwiedzają kandydaci na przewodników, poszukiwacze tajemnic i miejsc magicznych.

Jest to kraina po drodze w Karkonosze. Z szosy Bolków – Jelenia Góra są niezauważone prawie przez nikogo – kto rozglądałby się wokół, gdy trzeba brać udział w wyścigu samochodowym? Z trzech biegnących tędy linii kolejowych Góry Kaczawskie też nie są specjalnie widoczne, dlatego że… dwie linie są już dawno nieczynne a trzecia została skazana na śmierć techniczną.

W Góry Kaczawskie prawie nie sposób dotrzeć pieszo od północnej strony, niemal nie istnieją tam żadne punkty wypadowe. Od południa dociera się tu po długiej wędrówce z jednej ze stacji na linii Jelenia Góra – Wałbrzych. Nasza grupa tak właśnie rozpoczęła. Z Trzcińska przez Dudziarz i Baraniec zeszliśmy do Wojcieszowa – jednego z najbardziej zapomnianych miasteczek sudeckich, opierającego swe istnienie o wydobycie i przetwórstwo wapienia z kamieniołomów na Połomie.

Potem było już tylko coraz dalej, odludniej i bezkreśnie.

Zanocowaliśmy w Dobkowie, w schronisku młodzieżowym otwartym specjalnie chyba na nasz przyjazd a nazajutrz przez Żeleźniaka, Lubrzę i Porębę powędrowaliśmy do Płoniny. Oczywiście można byłoby odjechać stąd koleją – kiedyś. Teraz pozostało dojść do Marciszowa. Tu kończymy nasze dwudniowe dzielenie się doświadczeniami, którego tłem były leśno łąkowe plenery zapomnianych gór o bogatej historii i nieokreślonej przyszłości