NOWOROCZNIE PRZEZ SUDETY WAŁBRZYSKIE

Nowy Rok rozpocząłem wędrówką przez Góry Kamienne i Wałbrzyskie. Ów rozpoczął się  w ciszy, która wreszcie nastała po hucznym (wszech – eksplodujące fajerwerki) pożegnaniu roku starego.  Mglisty poranek pierwszego stycznia 2016 zastał mnie na Placu Grunwaldzkim, gdzie dziwnym trafem rozminąłem się z Michałem, z którym jeszcze rok temu ugadaliśmy się na to dzisiejsze górskie niejedno wejście i zejście. Gdy „Piętnastka” odwoziła mnie z centrum Wałbrzycha, Michał pozostał, oczekując jeszcze jednego umówionego na dziś wędrowca – Adama, który się nieco spóźnił, stąd to małe zamieszanie. Przejście w trójnasób nie ziściło się; ja odjechałem do Kowalowej, nie domyślając się co z tamtymi dwoma. Byłem raczej pewien, że obserwując szarość poranka, obaj panowie zrezygnowali z eskapady.

Z Kowalowej spadzistą Doliną Błysków i leśnymi trawersami wyszedłem na Lesistą Wielką. Z niskich chmur padał śnieg – pierwszy tej zimy i tego roku… Na Lesistej Wielkiej [851 m.] nawiązałem kontakt ze swoimi niedoszłymi współwędrowcami, którzy poszli na wycieczkę zastępczą – z Jedliny Zdrój do „Andrzejówki” i Sokołowska. Gdyby się zebrali w sobie, dogoniliby mnie w drodze na Lesistą, niestety – nie dali rady.

Przy okazji wejścia na Lesistą, postanowiłem odwiedzić „szczeliny wiatrowe”. Dotarłem do jednej z nich mimo przeszkód, co cieszy mnie tym bardziej, że ostatnio byłem tu 5 grudnia 1999 roku…

Noworocznie spadły śnieg i ujemna temperatura, pozwoliły dojrzeć uwalniające się kłęby pary i odczuć ciepły oddech Ziemi, teraz będącej „na wydechu”.

Następnie falującym grzbietem Stachonia [808 m.] i Sokółki [801 m.] powędrowałem na Dzikowiec [836 m.] skąd kombinowanym sposobem (drogi, bezdroża, ścieżki bezścieża) zszedłem w dolinę Lesku w Starym Lesieńcu. Dalej przez Boguszów, łąki u podnóży Kopiska [688 m.], Drogą Krzyżową Trudu Górniczego wszedłem na Chełmiec [851 m.]. Podczas tej wędrówki nastąpiło nieoczekiwane i bardzo miłe spotkanie z Asią – dawną (sprzed dziesięciu lat) wychowanką, która wraz z mężem właśnie schodziła z góry. Jak to ona nazwała?.. Postarzałem się, ale nie zmieniłem. Ot, cała Aśka i jej (tak myślę) komplementy!

Chełmiec jest dziś górą licznie odwiedzaną na różne sposoby – pieszo, biegiem, na rowerze (!). Nastał wielki gwar, najbardziej hałasowała grupa biegaczy, którzy pewnie w ten sposób usiłowali rozgrzać się.  Na Chełmcu nie ma gdzie się schronić, wszystko jest niestety pozamykane na głucho.

Gdy schodziłem z Chełmca, zima przeszła w schyłkową jesień z marznącym opadem. Dwie godziny później doszedłem do domu, kończąc ten porządny noworoczny spacer.

Drogim Czytelnikom życzę serdecznie mnóstwa zaskakujących sytuacji, odkryć i zachwytów w drodze, gdzie oczy i serce poniosą.

WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU!